Dla osób oraz rodzin zmagających się z uzależnieniem alkoholowym

2 wrz 2018

Przywództwo w AA: Zawsze ważna potrzeba.1959

Komentarze: 0

 

PRZYWÓDZTWO W AA: ZAWSZE WAŻNA POTRZEBA
Żadna społeczność nie może dobrze funkcjonować bez zdolnych przywódców na wszystkich szczeblach – ruch AA nie może tu być wyjątkiem. A jednak my, Anonimowi Alkoholicy, lubimy czasem myśleć, że poradzimy sobie w ogóle bez indywidualnego przywództwa. Mamy skłonność do wypaczania tradycyjnej idei „zasady są ważniejsze niż osobowości” do takiego stopnia, że oznacza to brak jakichkolwiek „osobowości” wśród przywódców: byłyby to roboty bez twarzy, starające się zadowolić bezwzględnie każdego. W innych momentach jesteśmy skłonni domagać się, aby przywódcy AA byli koniecznie ludźmi o najtrafniejszych sądach, najszlachetniejszych zasadach moralnych i inspiracjach; autorami wielkich czynów, świetlanymi przykładami dla wszystkich, ludźmi praktycznie bez skazy. Prawdziwe przywództwo musi oczywiście funkcjonować między tymi całkowicie wyimaginowanymi biegunami nadziei na doskonałość. W AA rzecz jasna żaden przywódca nie jest osobą bez twarzy; żaden też nie jest ideałem. Na szczęście nasza Społeczność została pobłogosławiona niewyczerpaną liczbą prawdziwych przywódców: ludzi aktywnych dziś i potencjalnych przywódców jutra, pojawiających się wraz z nowymi, coraz liczniejszymi pokoleniami zdolnych do działania członków ruchu. Jest wśród nas mnóstwo kobiet i mężczyzn, których poświęcenie, konsekwencja, wizja i szczególne umiejętności sprawiają, że są w stanie poradzić sobie z każdym możliwym zadaniem związanym ze służbą. Musimy tylko znaleźć tych ludzi i zaufać im, powierzając im służbę. W naszej literaturze napisano o tym: „Nasi przywódcy nie prowadzą nas dzięki nominacji – prowadzą nas, dając przykład”. W rezultacie mówimy im: „Działajcie dla nas, ale nie rządźcie nami”. Przywódcą w służbie AA jest zatem człowiek, który sam jest w stanie przełożyć zasady, plany i politykę na takie zaangażowane i skuteczne działanie, że reszta z nas chce go popierać i pomagać mu w pracy. Kiedy przywódca jest zbyt radykalny, buntujemy się, ale kiedy podporządkowuje się naszym poleceniom i nie formułuje własnych sądów – wtedy w ogóle nie jest przywódcą. Dobrzy przywódcy są twórcami planów, strategii i idei ulepszenia naszej Wspólnoty i jej służb. Jednakże w sprawach nowych i ważnych przed podjęciem decyzji i działań zasięgają wielu konsultacji. Dobrzy przywódcy pamiętają, że dobry plan lub pomysł może pochodzić od każdego i zewsząd. Dobry przywódca często więc porzuca swoje własne hołubione plany na rzecz innych, lepszych, i podaje ich autora. Dobrzy przywódcy nigdy nie zrzucają odpowiedzialności na innych. Kiedy są pewni, że mają albo mogą otrzymać wystarczające ogólne poparcie, swobodnie podejmują decyzje i wprowadzają je w życie, pod warunkiem, oczywiście, że działania takie mieszczą się w ramach ich zdefiniowanego zakresu władzy i odpowiedzialności. „Polityk” to osoba, która stale stara się „dać ludziom to, czego chcą”. Mąż stanu to człowiek, który umie dokładnie rozróżnić, kiedy należy tak postępować, a kiedy nie. Zdaje sobie sprawę, że nawet duże większości, jeśli są poważnie wzburzone lub niedoinformowane, mogą od czasu do czasu być w całkowitym błędzie. Kiedy zdarza się taka sytuacja, a gra idzie o wielką stawkę, obowiązkiem przywódcy – nawet jeśli znajduje się w mało licznej mniejszości – jest zawsze przeciwstawienie się burzy i wykorzystanie swoich wszystkich zdolności perswazji i całego autorytetu, aby spowodować zmianę. Nic jednak nie może być bardziej zabójcze dla przywództwa niż sprzeciw dla samego sprzeciwu. Nigdy nie powinno to przyjmować formy „na mój sposób albo wcale”. Tego rodzaju sprzeciw często bierze się z braku wyobraźni i dumy lub z pretensji, które sprawiają, że chcemy zablokować coś lub kogoś. Jest jeszcze opozycja, która oddaje swój głos, mówiąc „Nie, nie podoba się nam to”. Nie padają przy tym żadne racjonalne powody. Tak być nie może. Kiedy zostaną wezwani, przywódcy zawsze muszą podać swoje – i to dobre – argumenty. Przywódca musi także zdawać sobie sprawę z faktu, że nawet bardzo dumni i gniewni ludzie mogą mieć czasem absolutną rację, podczas gdy ci spokojni i skromniejsi całkowicie się mylą. Te punkty to praktyczne ilustracje tego rodzaju wyborów i przemyśleń, do których prawdziwy przywódca zawsze powinien dążyć.Inną cechą kwalifikującą przywódcę jest „dawanie i branie”, zdolność do ustępowania, kiedy odpowiedni kompromis może sprawić, że sprawa posunie się w kierunku wyglądającym na właściwy. Kompromis przychodzi nam, myślącym na zasadzie „wszystko albo nic” alkoholikom, z wielkim trudem. Jednakże nigdy nie możemy tracić z pola widzenia faktu, że postęp niemal zawsze oznacza wiele niosących poprawę kompromisów. Nie możemy jednak zawsze godzić się na kompromis. Od czasu do czasu naprawdę trzeba zająć zdeterminowane stanowisko wobec jakiejś kwestii, dopóki nie zostanie ona rozstrzygnięta. Sytuacje takie wymagają dobrego wyczucia czasu i rozeznania co do kierunku działania, który należy wybrać. Przywódcy często muszą stawiać czoła ciężkiej i czasem długotrwałej krytyce. To dla nich sprawdzian. Zawsze istnieją konstruktywni krytycy; w rzeczywistości są oni naszymi przyjaciółmi. Zawsze powinniśmy uważnie wysłuchiwać ich opinii. Powinniśmy pozwolić im wpływać na nasze poglądy albo nawet całkowicie je zmieniać. Często także musimy się nie zgadzać i pozostawać przy swoim zdaniu, nie tracąc ich przyjaźni. Są też tacy, których lubimy nazywać „destruktywnymi” krytykami. Są radykalni, uprawiają „politykierstwo”, rzucają oskarżenia. Bywają gwałtowni i złośliwi. Rozsiewają pogłoski, plotki i oszczerstwa, aby dopiąć swego – wszystko oczywiście dla „dobra” ruchu AA! Ale w AA nauczyliśmy się wreszcie, że tacy ludzie, może nieco bardziej chorzy niż reszta z nas, tak naprawdę wcale nie muszą być destrukcyjni, w zależności od tego, jak się do nich odnosimy. Po pierwsze powinniśmy uważnie słuchać tego, co mówią. Czasem mówią całą prawdę, czasem tylko jej niewielką część. Znacznie częściej jednak tylko racjonalizują opowiadane przez siebie całkowite nonsensy. Jeżeli jednak znajdujemy się w polu rażenia, cała prawda, półprawda czy kłamstwo mogą okazać się dla nas równie nieprzyjemne. Dlatego właśnie musimy tak uważnie słuchać. Jeżeli w tym, co mówią, jest prawda albo nawet mała część prawdy, wówczas lepiej będzie im podziękować i przeprowadzić rachunek sumienia, przyznając, że byliśmy w błędzie. Jeżeli to nonsens, możemy go zignorować. Możemy też wyłożyć wszystkie karty na stół i spróbować perswazji. Jeżeli się to nie uda, możemy żałować, że są oni zbyt chorzy, aby nas wysłuchać, a potem spróbować zapomnieć o całej sprawie. Niewiele jest lepszych metod autoanalizy i rozwijania prawdziwej cierpliwości niż ćwiczenia, które zapewniają nam ci – zwykle mający dobre chęci, ale tkwiący w błędzie – współczłonkowie. To zawsze duże wyzwanie, a poradzenie sobie z nim nie zawsze się nam udaje. Musimy jednak próbować. Doszliśmy teraz do ogromnie ważnej cechy, jaką jest wyobraźnia. Wyobraźnia to, moim zdaniem, zdolność do dokonywania właściwych ocen zarówno jeżeli chodzi o najbliższą, jak i dalszą przyszłość. Niektórym może się wydawać, że tego rodzaju zamiary są rodzajem herezji, ponieważ w ruchu AA stale powtarzamy sobie „Jeden dzień na raz”. Ale ta cenna zasada w rzeczywistości odnosi się do naszego życia umysłowego i emocjonalnego i oznacza przede wszystkim, że nie powinniśmy głupio rozpamiętywać przeszłości ani snuć marzeń na jawie o przyszłości. Jako jednostki i jako wspólnota z pewnością ucierpimy, jeżeli zrzucimy całe zadanie planowania jutra na barki Opatrzności. Prawdziwa Opatrzność Boża obdarzyła nas, istoty ludzkie, znaczną zdolnością przewidywania, a Bóg ewidentnie oczekuje od nas, że będziemy z niej korzystać. Musimy więc rozróżniać fantazje o szczęśliwym jutrze i bieżące korzystanie z naszych umiejętności racjonalnego przewidywania. To może oznaczać różnicę między postępem a nieprzewidzianymi kłopotami. Wyobraźnia jest zatem samym sednem roztropności, chyba najważniejszej cechy. Oczywiście często zdarzy się nam całkowicie lub częściowo przeliczyć się co do przyszłości, ale to i tak lepsze, niż w ogóle o niej nie myśleć. Stawianie prognoz ma kilka aspektów. Przyglądamy się przeszłym i obecnym doświadczeniom i zastanawiamy się nad ich znaczeniem. Na tej podstawie formułujemy orientacyjną ideę lub strategię. Patrząc w najbliższą przyszłość, zadajemy sobie pytanie, jak ta idea lub strategia mogą się sprawdzić. Potem zastanawiamy się, jak może wyglądać zastosowanie naszych strategii lub idei w kilku różnych sytuacjach, które mogą zaistnieć w dalszej przyszłości. Jeżeli dany pomysł zapowiada się dobrze, wypróbowujemy go, w miarę możliwości eksperymentując. Później ponownie oceniamy sytuację i sprawdzamy, czy nasza prognoza działa. Mniej więcej na tym etapie możemy być zmuszeni do podjęcia ważnej decyzji. Być może mamy strategię lub plan, który wygląda nieźle i sprawdza się w praktyce. Bez względu na to powinniśmy szczegółowo zastanowić się nad jego długofalowymi skutkami. Czy dzisiejsze korzyści nie zamienią się jutro w poważne zobowiązania? Niemal zawsze pojawia się pokusa, aby czerpać bezpośrednie korzyści i całkiem zapomnieć o szkodach, które nastąpiły wcześniej albo będą ostatecznym skutkiem naszego obecnego działania.To nie są wyssane z palca teorie. Przekonaliśmy się, że musimy stale stosować te zasady prognozowania, zwłaszcza na poziomie służb światowych, gdzie gra się toczy o dużą stawkę. Przykładowo, w działaniach z zakresu public relations musimy przewidywać reakcję i grup AA, i ogółu zarówno w krótkim, jak i w długim okresie. To samo dotyczy naszej literatury. Nasze finanse muszą być szacowane i planowane w budżecie. Musimy myśleć o naszych potrzebach związanych ze służbą i ich odniesieniu do ogólnej sytuacji gospodarczej, możliwości grup i chęci do wpłacania składek. O wielu takich problemach często musimy myśleć z wieloletnim wyprzedzeniem. W rzeczywistości wszystkie Dwanaście Tradycji AA było najpierw pytaniami o prognozy i wizję na przyszłość. Całe lata temu powoli opracowywaliśmy na przykład ideę samowystarczalności ruchu AA. Tu i tam pojawiały się kłopoty związane z darowiznami z zewnątrz. Później pojawiły się kolejne problemy. W rezultacie zaczęliśmy więc obmyślać strategię, która nie pozwalałaby na przyjmowanie żadnych zewnętrznych datków. Zaczęliśmy podejrzewać, że duże kwoty tego rodzaju mogłyby sprawić, że stalibyśmy się nieodpowiedzialni i odwróciłyby naszą uwagę od naszego głównego celu. Ostatecznie przekonaliśmy się, że w długoterminowej perspektywie pieniądze z zewnątrz mogłyby nas naprawdę zniszczyć. W tym momencie to, co było tylko ideą lub ogólną zasadą, skrystalizowało się w postaci tradycji AA. Zrozumieliśmy, że musimy poświęcić szybkie, łatwo dostępne korzyści na rzecz długoterminowego bezpieczeństwa. Przez ten sam proces przeszliśmy w związku z anonimowością. Parę przypadków publicznego ujawnienia robiło dobre wrażenie. W końcu jednak uświadomiliśmy sobie, że wiele takich ujawnień mogłoby w końcu wprowadzić wśród nas zamęt. Kolejność była więc taka: najpierw wstępna idea, potem eksperymentalna strategia, potem ściśle sformułowane zasady, a ostatecznie głębokie przekonanie – wizja jutra. Tak wygląda nasz proces prognozowania przyszłości, a odpowiedzialni przywódcy światowi muszą biegle opanować tę ważną umiejętność. Jest to ważna cecha, zwłaszcza jeśli chodzi o naszych Powierników. Większość z nich, moim zdaniem, powinna być wybierana na podstawie tego, że w swojej karierze zawodowej lub biznesowej wykazali się już zdolnością przewidywania. Stale będziemy potrzebować tych samych cech – tolerancji, odpowiedzialności, elastyczności i wyobraźni – u naszych przywódców służb AA na wszystkich szczeblach. Zasady dotyczące przywództwa będą takie same bez względu na rozmiar danego przedsięwzięcia.Może to wyglądać jak próba wskazania szczególnie uprzywilejowanego i lepszego od innych rodzaju członków ruchu AA. Ale wcale tak nie jest. Zdajemy sobie po prostu sprawę z faktu, że nasze talenty bardzo się różnią. Dyrygent orkiestry nie musi być dobry w finansach czy w przewidywaniu. Jest też bardzo mało prawdopodobne, żeby dobry bankowiec był świetnym artystą muzykiem. Kiedy więc mówimy o przywódcach w ruchu AA, deklarujemy tylko, że powinniśmy wybierać na te stanowiska najbardziej utalentowanych ludzi, jakich uda się nam znaleźć. 45 Choć w pierwotnym zamyśle artykuł ten miał dotyczyć przywódców naszych służb światowych, możliwe jest, że niektóre zawarte w nim sugestie mogą być przydatne dla każdego, kto odgrywa aktywną rolę w naszej Społeczności. Jest to szczególnie prawdziwe w obszarze Dwunastu Kroków, w których realizację niemal wszyscy jesteśmy czynnie zaangażowani. Każdy sponsor musi być także przywódcą. Gra toczy się tu o maksymalną stawkę. Na szali stoi życie ludzkie, a zwykle także szczęście całej rodziny. To, co sponsor mówi i robi, jak dobrze przewiduje reakcje swoich podopiecznych, jakie ma wyczucie czasu i jak przedstawia swoje opinie, jak radzi sobie z krytyką i jaki przykład duchowy daje osobom, którymi się opiekuje – te cechy przywódcze robią ogromną różnicę, często różnicę między życiem a śmiercią. Dziękujemy Bogu, że ruch Anonimowych Alkoholików został pobłogosławiony tak dużą liczbą przywódców we wszystkich swoich sprawach.

0

Najnowsze wpisy
  • "Cudowny Splot Okoliczności". Po jakimś czasie dr Bob powiedział: „Słuchaj, Bill, czy nie powinniśmy zająć się innymi alkoholikami? Wiem, że chciałbym to zrobić. Więc lepiej stwórzmy ochronę dla nas samych.” „Cóż – zapytałem – masz jakiś pomysł? Gdzie możemy ich znaleźć?”  „Kiedyś pracowałem w szpitalu miejskim, gdzie jest oddział, na który zawsze ich przyjmują. Zadzwonię do pielęgniarki, którą znam.” Zadzwonił do niej i wyjaśnił, że on i przyjaciel z Nowego Jorku mają nową metodę leczenia alkoholików. Pielęgniarka z sarkazmem, ale też z poczuciem humoru powiedziała: „Cóż, panie dyrektorze, biorąc pod uwagę pańskie wyczyny tutaj, mam nadzieję, że wypróbował ją pan na sobie.” Na co on odpowiedział, że oczywiście tak. Wtedy dodała: „Mamy dla pana wymarzonego pacjenta. Właśnie przyjęto go na oddział intensywnej terapii, podbił oczy pielęgniarce. Znajduje się w delirium, przywiązaliśmy go pasami i jest pod kontrolą.” Dr Bob udzielił kilku wskazówek dotyczących leków, co pielęgniarka sobie zapisała i powiedział, że zajrzymy jutro.  Następnego dnia dr Bob i ja ujrzeliśmy tego „mężczyznę na łóżku”. Fraza ta stała się dla nas wszystkich bardzo znana. Składaliśmy wizytę jednemu z wziętych prawników z Akron. Był zupełnie rozbity. W ciągu minionych 6 miesięcy znalazł się w szpitalu 4 razy. I, jak nam bezradnie wyznał, nawet do domu nie mógł dotrzeć trzeźwy. Opowiedziałem mu więc o naturze jego choroby, cytując dra Silkwortha. Dr Bob podzielił się swoim doświadczeniami, jak to było w jego przypadku. A jednak mężczyzna leżący na łóżku nadal kręcił głową i powiedział: „Nie, obawiam się, że to nie dla mnie. Zaszedłem zbyt daleko. Nie chodzi o wiarę w Boga, którą posiadam, ale jestem pewny, że Bóg nie ma zbyt dużo wiary we mnie. Ale wróćcie tu jeszcze. Wydaje się, że wiecie, o czym mówicie.” Następnego ranka przyszliśmy znowu. W nogach łóżka stała jego żona. A nasz nowy przyjaciel, Bill D., zawołał: „To są ci panowie. Znają odpowiedź. Wiedzą o co w tym chodzi.” A później zaczął opowiadać, jak to w trakcie nocy zaczęło docierać do niego, że jeżeli oni mogą to mogę i ja! Historię Billa D. możecie ze szczegółami – jeżeli zechcecie – przeczytać w książce „Anonimowi Alkoholicy”. Wtedy właśnie Bill D. powiedział do swojej żony: „Idź, proszę i przynieś moje ubranie. Idziemy do domu.” Wrócił do domu, z miejsca włączył się w kampanię polityczną, w trakcie której przeciwnicy wykorzystywali jego alkoholizm, ale Bill zachował trzeźwość. I wciągu następnych lat, aż do swojej niedawnej śmierci, zachował wiarę. Gdyby dzisiaj to ocenić, oznaczało to, że pierwsza grupa Anonimowych Alkoholików powstała w Akron, w „mieście na wzgórzu”.  Zanim podsumujemy tę część historii, myślę, że z pokorą powinniśmy wszyscy dostrzec cudowny splot okoliczności, niewątpliwie stworzonych przez Opatrzność, która zawiodła nas tak daleko. Potrzebna była droga Junga, który w swoim gabinecie powiedział pacjentowi: „Jedynie duchowe przeżycie może cię ocalić. Moja wiedza nie jest w stanie.” Potrzebny był posłaniec, jego pacjent, który przybył do mojego przyjaciela Ebby’ego. Potrzebne też było, żeby Ebby poświęcił swój czas i troskę, by mnie odwiedzić. Żadna z osób w tym łańcuchu nie była tak ważna jak dr Silkworth, mężczyzna, którego później nazwaliśmy „Mały lekarz, który pokochał alkoholików”. Nigdy nie wolno nam zapomnieć, że to właśnie on wyjaśnił nam istotę naszej choroby. To właśnie on w ciągu całej swej kariery zajął się około 40 tysiącami przypadków. Kiedy już powstało AA – około 12 tysiącami. Jego wkład był naprawdę nieoceniony. Był on, powtarzam, „Małym lekarzem, który naprawdę kochał alkoholików.” I przez cały ten czas, i lata wcześniej, kiedy okropnie piłem, Lois trwała przy mnie. Gdyby nie ona, prawdopodobnie nie mógłbym stać się ogniwem tego łańcucha. Bill W. � �Share on Faceboo k 📷Share on Twitt e r � �📷📷
  • Ze wspomnień Bill'a W - I potem stał się cud. Dr. Jung uważał, że człowiek to coś więcej niż związki chemiczne warte 2 dolary, zlepek instynktów i pewna ilość inteligencji. Uważał, że człowiek ma duszę. Jednakże po całorocznej kuracji Roland ponownie zapił, kiedy opuścił szpital. Po powrocie zapytał, czy jest jeszcze jakaś nadzieja. Sądził, że ten lekarz jest jego ostatnim ratunkiem. A dr Jung, wspaniały i pokorny człowiek, powiedział: „Roland, moja wiedza nie może cię uratować, ale jest jeszcze jedno źródło, a mianowicie przeżycie duchowe. Coś, co cię zmieni, zlikwiduje przymus picia i umożliwi to, czego nie mogłeś dokonać wcześniej.” Taką to wiadomość Roland przekazał Ebby’emu. W dużym stopniu było to to samo, co usłyszałem od dra Silkwortha. Byłem bezsilny, jeżeli chodzi o moje sposoby. A ta wiadomość, docierająca do mnie z nowego źródła pogłębiała jedynie moją depresję. I ponownie muszę zauważyć, że podczas swojej drugiej wizyty, Ebby nie próbował wygłaszać mi kazań. Po prostu trzymał się swojej, własnej historii, a kiedy skończył, zabrał się i wyszedł. Kiedy poszedł sobie, pogrążyłem się w najgorszej do zniesienia depresji, jaka kiedykolwiek mnie dotknęła. Przypuszczam, że przynajmniej na chwilę ostatnie ślady mego dumnego uporu zostały zniszczone. Byłem po prostu dzieckiem płaczącym samotnie, bardzo samotnym w ciemności. Trudno znaleźć słowa na określenie intensywności tej agonii. A później pamiętam zawołałem: „Jeżeli istnieje Bóg, czy się objawi?!” I potem stał się cud. Najważniejsze doświadczenie mojego całego życia. W jednej chwili pokój wypełniło oślepiające, białe światło. Ogarnęło mnie uniesienie, jakiego wcześniej nigdy nie doznałem. Wydawało mi się, że stoję wówczas na szczycie góry, gdzie wieje silny, oczyszczający wiatr. Pomyślałem sobie: „Ale to nie powietrze, to Duch, to Bóg kaznodziejów.” Jak długo pozostawałem w tym stanie, po prostu nie umiem powiedzieć. Nie potrafię również znaleźć słów, aby to opisać. Po jakimś czasie jednakże stwierdziłem, że leżę na łóżku, ale teraz znajdowałem się w nowym świecie: świecie, w którym wszystko było dobre, pomimo zła świata, w którym żyłem wcześniej. Czułem się wypełniony świadomością istnienia Ducha, istnienia Boga. Ogarnął mnie wielki spokój. Leżałem i rozkoszowałem się tą nową i radosną świadomością. Po jakimś czasie przestraszyłem się naprawdę, Pomyślałem, że miałem halucynacje. Tak więc zawołałem dra Silkwortha, opowiedziałem mu całe zdarzenie, najlepiej jak potrafiłem, i zapytałem: „Doktorze, czy ja naprawdę mam halucynacje? Czy zwariowałem?” Zadał mi kilka pytań i po jakimś czasie powiedział: „Nie Bill, nie zwariowałeś. Miała miejsce jakaś duża psychiczna przemiana. Czuję ją, widzę ale nie mogę określić. Cokolwiek to jest, jest dużo lepsze niż to, co miałeś ledwie godzinę temu. I lepiej trzymaj się tego, co masz.”
  • Narodziny tradycji naszej anonimowości (styczeń 1946) Napisał: Bill W. W latach, które mamy przed sobą zasada anonimowości bez wątpienia stanie się częścią naszej ważnej tradycji. Nawet dzisiaj odczuwamy jej praktyczną wartość. Ale bardzie istotne jest, że zaczynamy czuć, że słowo "anonimowość" ma dla nas ogromne znaczenie duchowe. Subtelnie ale potężnie przypomina nam o pierwszeństwie zasad przed osobistościami ; że zrezygnowaliśmy z osobistej gloryfikacji publicznie; że nasz ruch nie tylko naucza, ale także praktykuje prawdziwą pokorę. Że praktykowanie anonimowości w naszym public relations już miało ogromny wpływ na nas i na miliony naszych przyjaciół w świecie zewnętrznym jest poza wszelkimi wątpliwościami. Anonimowość już jest kamieniem węgielnym naszej polityki public relations.To , skąd ta idea pochodzi i jak nas urzekła jest interesującym fragmentem historii AA . W latach przed publikacją książki "Anonimowi Alkoholicy" nie mieliśmy nazwy. Bezimienni, bezkształtni, nasze podstawowe zasady zdrowienia wciąż były dyskutowane i testowane, byliśmy tylko grupą pijaków idących po omacku i z nadzieją, że jesteśmy na drodze ku wolności. Kiedy zyskaliśmy pewność, że nasze stopy stoją na właściwej drodze zdecydowaliśmy postarać się przekazać innym alkoholikom dobre wieści. W formie książki spisaliśmy istotę naszego doświadczenia. To był produkt tysięcy godzin dyskusji. Naprawdę reprezentował zbiorowy głos, serce i sumienie tych z nas, którzy byli pionierami w pierwszych czterech latach AA. Ponieważ zbliżał się dzień publikacji, męczyliśmy nasze mózgi aby znaleźć odpowiednią nazwę dla woluminu. Musieliśmy rozważyć co najmniej dwieście tytułów. Wymyślanie tytułów i głosowanie nad nimi na mityngach stało się jednym z naszych głównych działań. Wielki zamęt dyskusji i argumentacji w końcu zawęził nasz wybór do pary nazw. Powinniśmy nazwać naszą nową książkę „Droga Wyjścia” czy „Anonimowi Alkoholicy”? To było finałowe pytanie. W ostatniej chwili zagłosowały grupy w Akron i Nowym Jorku. Niewielką większością zdecydowano się na „Droga Wyjścia”. Tuż przed przekazaniem do druku ktoś zasugerował, że mogą istnieć inne książki o tym samym tytule. Jeden z naszych wczesnych samotnych członków (poczciwy stary Fitz M. , który w tym czasie mieszkał w Waszyngtonie) podszedł do Biblioteki Kongresu zbadać sprawę. Dowiedział się, że jest dokładnie dwanaście książek zatytułowanych „Droga Wyjścia”. Kiedy ta informacja została przekazana wokół, zadrżeliśmy na myśl o możliwości bycia „Trzynastą Drogą Wyjścia”. Więc „Anonimowi Alkoholicy” stało się pierwszym wyborem. Oto, jak zdobyliśmy tytuł naszej książki doświadczeń, nazwę dla naszego ruchu i jak teraz zaczynamy dostrzegać, tradycję o wielkim duchowym znaczeniu. Bóg porusza się tajemniczymi drogami wykonując Jego cuda! W książce „Anonimowi Alkoholicy” są tylko trzy odniesienia do zasady anonimowości. Wprowadzenie do naszej pierwszej edycji mówi: „Jako osoby przeważnie zajęte zawodowo nie moglibyśmy dobrze wywiązywać się z naszych obowiązków.” [AA, s. XII] i „Nalegamy, by piszący, czy mówiący o alkoholizmie członkowie naszej wspólnoty, pomijali swoje nazwisko, a zamiast tego przedstawiali się jako członkowie Anonimowych Alkoholików.” „Z naciskiem prosimy prasę o przestrzeganie tego wymogu, w przeciwnym razie znaleźlibyśmy się w trudnym położeniu” [AA, s. XII]Od czasu publikacji „Anonimowi Alkoholicy” w 1939 powstało setki grup AA. Każda z nich zadaje sobie pytanie: „Jak bardzo anonimowi powinniśmy być?” i „W gruncie rzeczy, co dobrego jest w tej zasadzie anonimowości?” W dużym stopniu każda grupa osiadła na własnej interpretacji. Naturalnie istnieje wystarczająco dużo różnic opinii pomiędzy nami. Co nasza anonimowość oznacza i jak daleko mamy się w niej posunąć? To niepokojące pytania. Choć nie obawiamy się już stygmatu alkoholizmu jak kiedyś, wciąż znajdują się osoby, które są wyjątkowo wyczulone na punkcie ich powiązania z nami. Niektórzy przychodzą pod zmienionymi nazwiskami. Inni chcą przysięgi najgłębszej tajemnicy. Boją się, że ich powiązanie z Anonimowymi Alkoholikami zrujnuje ich interesy lub pozycję społeczną. Na drugim końcu skali opinii mamy osoby, które uważają, że anonimowość to dziecinna bzdura. Czują się w obowiązku rozgłaszać fakt członkostwa w Anonimowych Alkoholikach. Uważają, że nasza Wspólnota AA ma ludzi z renomą, nawet na skalę kraju. Dlaczego, pytają, nie wykorzystać ich osobistego prestiżu tak, jak zrobiłaby to każda inna organizacja? Pomiędzy tymi skrajnościami istnieje masa odcieni tych opinii. Niektóre grupy, zwłaszcza nowe, zachowują się jak tajne organizacje. Nie życzą sobie, aby ich działalność była znana nawet wśród przyjaciół. Nawet nie proponują duchownym, doktorom, ani nawet ich żonom wzięcia udziału w żadnych mityngach. Zapraszanie reporterów prasowych? Zapomnij! Inne grupy czują, że ich społeczność powinna wiedzieć wszystko o Anonimowych Alkoholikach. Choć nie drukują żadnych nazwisk, wykorzystują każdą okazję do reklamowania aktywności ich grupy. Okazjonalnie organizują publiczne lub częściowo publiczne mityngi, gdzie Aowcy pojawiają się pod nazwiskiem. Lekarze, duchowni i urzędnicy często zapraszani są do przemówień na takich spotkaniach. Tu i tam niektórzy Aowcy porzucili całkowicie swoją anonimowość. Ich nazwiska, zdjęcia i osobista działalność pojawiły się w drukach publicznych. Jako Aowcy czasami podpisywali się swoimi nazwiskami w artykułach mówiących o ich członkostwie. Dopóki jest dość jasne, że większość z nas wierzy w anonimowość, nasza praktyka tej zasady nie różni się zbytnio. I rzeczywiście, musimy zdawać sobie sprawę, że przyszłe bezpieczeństwo i efektywność Anonimowych Alkoholików może zależeć od jej zachowania. Ważne pytanie: Gdzie powinniśmy umieścić punkt, w którym kończy się osobistość i zaczyna anonimowość? W rzeczywistości, niektórzy z nas są tak anonimowi, jak daleko sięgają nasze codzienne kontakty. Porzuciliśmy anonimowość na tym poziomie ponieważ uważamy, że nasi przyjaciele i współpracownicy powinni wiedzieć o Anonimowych Alkoholikach i o tym, co AA zrobili dla nas. Porzuciliśmy także obawy przed przyznaniem się, że jesteśmy alkoholikami. Chociaż szczerze prosiliśmy reporterów, aby nie ujawniali naszych personaliów, często przemawiamy przed częściowo otwartą publicznością pod naszymi prawdziwymi nazwiskami. Chcemy przekonać publiczność, że nasz alkoholizm to choroba i nie obawiamy się mówić o tym przed nikim. To jest ok. Jeśli jednakże zaryzykujemy ponad ten limit, z pewnością stracimy naszą zasadę anonimowości na zawsze. Jeśli każdy AA swobodnie zacznie publikować swoje nazwisko, zdjęcie i historię, wkrótce rozpocznie się orgia osobistego rozgłosu, która oczywiście nie będzie mieć końca. Czy to nie tutaj, poprzez najsilniejszy rodzaj tradycji, musimy narysować linię? W związku z tym, powinno być przywilejem każdego z AA okryć się tak dużą osobistą anonimowością, jakiej pragnie. Jego koledzy Aowcy powinni respektować jego życzenia i pomóc strzec jego statusu, jaki chce przyjąć. Natomiast indywidualnie członek AA powinien szanować uczucia jego lokalnej grupy odnośnie anonimowości. Jeśli członkowie jego grupy życzą sobie być mniej widoczni w ich społeczności niż on chce, powinien się on dostosować do grupy dopóki nie zmienią na ten temat zdania. Powinno być światową polityką, że żaden członek Anonimowych Alkoholików nie powinien nigdy swobodnie publikować, w połączeniu z żadną aktywnością AA, jego nazwiska lub zdjęcia w mediach w obrocie publicznym. To nie ogranicza możliwości korzystania z nazwiska w publicznej aktywności oczywiście, jeśli nie ujawnia członkostwa w AA. Jeśli te sugestie lub ich wariacje zostaną zaadoptowane jako generalna polityka, każdy AA może zechcieć dowiedzieć się więcej o naszym doświadczeniu. Na pewno zechce wiedzieć, co większość naszych starszych członków myśli na temat anonimowości w dzisiejszych czasach. Celem tego fragmentu będzie podzielić się ze wszystkimi naszym wspólnym doświadczeniem. Po pierwsze, wierzę że większość z nas zgodzi się, że ogólna idea anonimowości dobrze brzmi, ponieważ zachęca alkoholików i ich rodziny do odezwania się do nas po pomoc. Ciągle obawiają się stygmatyzacji, uznają naszą anonimowość jako zapewnienie, że ich problemy będą utrzymane w tajemnicy; że szkielet alkoholika z rodzinnej szafy nie zacznie wędrować po ulicach. Po drugie, polityka anonimowości jest ochroną naszej sprawy. To zabezpiecza nas przed tym, że nasi tak zwani założyciele lub liderzy staną się osobami, które mogą w dowolnej chwili upić się i podbić AA oko. Nikt nie może powiedzieć, że to nie może się zdarzyć. Może. Po trzecie, niemal każdy reporter gazety który zainteresuje się nami, na początku narzeka na problemy związane z pisaniem artykułu bez nazwisk. Ale szybko zapomina o tej trudności kiedy dociera do niego, że to grupa ludzi, których nie interesuje osobisty rozgłos. Prawdopodobnie pierwszy raz w jego życiu opisuje organizację, która nie chce osobistego rozgłosu. Z cynika, którym mógł być poprzez szczerość błyskawicznie przekształci się w przyjaciela AA. Wtedy jego artykuł będzie przyjazny, nigdy nie będzie rutynową robotą. Będzie pisany z entuzjazmem, ponieważ reporter poczuje to sobą. Ludzie często pytają, jak Anonimowi Alkoholicy byli w stanie zapewnić sobie taką niesamowitą ilość doskonałego rozgłosu. Wygląda na to, że odpowiedzią jest to, że praktycznie każdy, kto o nas pisze staje się nawróconym AA, czasami bardzo gorliwym. Czy to nie nasza zasada anonimowości przede wszystkim odpowiada za ten fenomen? Po czwarte, dlaczego społeczeństwo traktuje nas tak korzystnie? Czy po prostu dlatego, że przynosimy zdrowienie tak wielu alkoholikom? Nie, to z pewnością nie może być cała historia. Jakkolwiek pod wrażeniem naszych sukcesów może być Jan Kowalski, jest bardziej zainteresowany naszym sposobem życia. Zmęczony agresywną sprzedażą, spektakularną promocją i krzyczącymi znakami publicznymi, czuje powiew świeżości naszego spokoju, skromności i anonimowości. Być może czuje wielką duchową moc – że coś nowego stało się w jego życiu. Jeśli anonimowość już zrobiła dla nas te rzeczy, z pewnością powinniśmy kontynuować ją jako ogólną politykę. Tak bardzo cenna dla nas teraz może stać się nieprzewidywalnym atutem w przyszłości. W duchowym sensie anonimowość wnosi zrzeczenie się osobistego prestiżu jako instrumentu ogólnej polityki. Jestem przekonany, że zachowamy tę potężną zasadę, że nigdy z niej nie zrezygnujemy. Więc co z jej stosowaniem? Ponieważ głosimy anonimowość każdego nowicjusza, powinniśmy, rzecz jasna, zachować anonimowość nowego członka tak długo, jak on chce ją zachować – ponieważ, kiedy o nas przeczytał i przyszedł do nas, dokładnie to obiecaliśmy. I nawet, jeśli on chce przyjść do nas pod przybranym nazwiskiem, powinniśmy mu to umożliwić. Jeśli życzy sobie, abyśmy powstrzymali się od omawiania jego sprawy z kimkolwiek, nawet z innym członkiem AA, powinniśmy uszanować także to życzenie. O ile większość nowicjuszy nie troszczy się o to, kto wie o ich alkoholizmie, są też tacy, którzy troszczą się bardzo. Zabezpieczmy to w każdy sposób, dopóki nie pozbędą się tych uczuć. Kolejny problem to nowicjusz, który chce porzucić jego anonimowość zbyt szybko. Biegnie do wszystkich swoich znajomych z radosną wiadomością o AA. Jeśli jego grupa nie ostrzeże go, może pospieszyć do redakcji gazety lub przed mikrofon powiedzieć całemu światu o sobie. Może także powiedzieć każdemu wszelkie szczegóły jego osobistego życia, aby wkrótce przekonać się, że w związku z tym ma zbyt dużo rozgłosu! Powinniśmy zasugerować mu, że się przemęcza, że najpierw powinien stanąć na własnych nogach zanim będzie mówił o AA każdemu bez wyjątku, że nikt nie myśli o nagłaśnianiu AA zanim nie będzie pewien, że jego grupa się na to zgodzi. Pojawia się też problem anonimowości grupy. Tak, jak jednostki, prawdopodobnie grupa powinna poczuć własną drogę i być ostrożna dopóki nie uzyska sił i doświadczenia. Nie powinno być zbyt dużego pośpiechu aby przyprowadzać ludzi z zewnątrz lub organizować publiczne spotkania. Jednak ten wczesny konserwatyzm nie powinien być zbyt przesadzony. Niektóre grupy idą jeszcze dalej, rok po roku odrzucają wszelką działalność publiczną lub spotkania, z wyjątkiem tych wyłącznie dla alkoholików. Takie grupy mogą rosnąć wolniej. Zestarzeją się ponieważ nie przyjmują świeżej krwi wystarczająco szybko. W ich niepokojach związanych z zachowaniem tajności zapominają, że mają zobowiązania wobec innych alkoholików w ich społeczności, którzy nie słyszeli że AA dotarło do miasta. Ale takie nierozsądne zachowanie ostrożności w końcu zostaje przełamane. Krok po kroku niektóre mityngi zostają otwarte dla rodzin i bliskich przyjaciół. Duchowny i lekarz mogą zostać zaproszeniu. W końcu grupa zwraca się o pomoc do lokalnej gazety. W większości miejsc, ale nie wszędzie, typowym jest, że Aowiec używa własnego nazwiska przemawiając przed publicznym lub częściowo publicznym zgromadzeniem. Ma to na celu przekonać publiczność, że nie boimy się już stygmatu alkoholizmu. Jeśli jednakże obecni są reporterzy, proszeni są usilnie o nie używanie żadnego nazwiska alkoholika w programie. To zachowuje zasadę anonimowości w obszarze publicznym i jednocześnie prezentuje nas jako grupę alkoholików, którzy już nie obawiają się, że nasi znajomi dowiedzą się, że byliśmy bardzo chorymi ludźmi. W praktyce wygląda na to, że zasada anonimowości może być sprowadzona do tego: z jednym bardzo istotnym wyjątkiem, to, jak daleko każda osoba lub grupa może posunąć się w porzucaniu anonimowości jest pozostawione wyłącznie tej osobie lub grupie, których dotyczy. Wyjątek: wszystkie grupy lub osoby, kiedy mówią lub piszą jako członkowie Anonimowych Alkoholików, nie powinny nigdy ujawniać swoich prawdziwych nazwisk. W tym momencie uważamy, że tutaj powinniśmy narysować linię anonimowości. Nie powinniśmy ujawniać siebie do opinii publicznej poprzez media prasy, w zdjęciach lub radio. Każdy, kto porzuca swoją anonimowość musi uwzględnić, że może on stać się precedensem, który może zniszczyć cenną zasadę. Nie możemy nigdy dopuścić, aby bezpośrednie korzyści wstrząsnęły nami w naszej determinacji do zachowania w stanie nienaruszonym bardzo ważną tradycję. Wielka skromność i pokora są potrzebne każdemu AA dla jego własnego trwałego zdrowienia. Jeśli te cnoty są tak bardzo potrzebne jednostkom, są także potrzebne AA jako całości. Ta zasada anonimowości przed ogółem społeczeństwa może, jeśli potraktujemy ją poważnie, zagwarantować ruchowi Anonimowych Alkoholików te atrybuty na zawsze. Nasze public relations powinno głównie działać na zasadzie przyciągania i rzadko, jeśli w ogóle, promocji. Przejdź do Artykuły Grapevine Oryginał: Copyright © The A.A. Grapevine , Inc., January 1946 Źródło: http://silkworth.net/grapevine/tradition_born.html Przekład nieautoryzowany, #62