Dla osób oraz rodzin zmagających się z uzależnieniem alkoholowym

2 wrz 2018

Dylemat braku wiary. Bill. W. Kwiecień 1961

Komentarze: 0

 

Dylemat braku wiary.

Fraza "Bóg, jak my Go rozumiemy" jest być może najważniejszym wyrażeniem, jakie można znaleźć w całym słowniku AA. W kompasie z tych pięciu znaczących słów może być zawarty każdy rodzaj i stopień wiary wraz z pozytywnym zapewnieniem, że każdy z nas może wybrać swoją własną. Niewiele mniej wartościowe dla nas są te uzupełniające wyrażenia – "Siła Wyższa" i "Siła Większa Od Nas Samych". Dla wszystkich którzy zaprzeczają, albo poważnie wątpią bóstwu to ramy otwartych drzwi nad których progiem niewierzący może postawić jego pierwszy łatwy krok w nieznaną mu dotychczas rzeczywistość – w sferę wiary. W AA takie przełomy to codzienne wydarzenia. Wszystkie one są o tyle bardziej znaczące kiedy pomyślimy, że praca z wiarą kiedyś wydawała się niemożliwością najwyższej rangi dla być może połowy naszych członków z obecnych trzystu tysięcy. Wszyscy ci wątpiący doszli do wielkiego odkrycia, że tak szybko, jak szybko mogli oni poddać się zależności "wyższej siły" – nawet ich własnym grupom AA – okazało się, że ślepy zaułek przesłaniał im widok na otwartą autostradę. Od tego czasu – przy założeniu, że starali się bardzo praktykować resztę programu AA ze zrelaksowanym i otwartym umysłem – stale pogłębiają i poszerzają wiarę, prawdziwy dar, który nieodmiennie przejawiał się czasem nieoczekiwany i często tajemniczo. Bardzo żałujemy, że te fakty z życia AA są niezrozumiałe przez legion alkoholików w otaczającym nas świecie. Wielu z nich ma trudności z powodu strasznego przekonania, że jeśli tylko zbliżą się do AA będą pod presją w celu dostosowania się do konkretnej wiary lub teologii. Oni po prostu nie zdają sobie sprawy, że wiara nigdy nie była konieczna aby być członkiem AA; że trzeźwość może być osiągnięta z łatwym do zaakceptowania minimum wiary; i że nasz koncept siły wyższej i Boga jak Go rozumiemy pozwala każdemu na niemal nieograniczony wybór duchowych wierzeń i działań. To, jak przekazać tę dobrą wiadomość jest jednym z naszych najtrudniejszych problemów w komunikacji, na który nie może być szybkiej lub wymijającej odpowiedzi. Być może nasze służby informacji publicznej mogłyby podkreślać ten bardzo ważny aspekt AA mocniej. A w naszych szeregach moglibyśmy opracować bardziej sympatyczną uważność dla trudnego losu tych izolowanych i zdesperowanych cierpiących. W pomocy im nie możemy osiąść na niczym mniej niż najlepsza możliwa postawa i najbardziej pomysłowe działanie, na jakie możemy się zdobyć. Możemy także przyjąć świeże spojrzenia na problem "braku wiary" jaki istnieje na naszym własnym podwórku. Chociaż trzysta tysięcy wyzdrowiało w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat, może pół miliona weszło między nas i później odeszło. Nie ma wątpliwości, że niektórzy byli zbyt chorzy aby choćby zacząć. Inni nie mogli lub nie chcieli przyznać swojego alkoholizmu. Jeszcze inni nie mogli zmierzyć się ze swoimi podstawowymi wadami osobowości. Wielu opuściło nas z jeszcze innych powodów. Nie możemy jednak zadowolić się poglądem, że wszystkie te niepowodzenia były wyłącznie winą nowicjuszy. Być może znakomita większość nie otrzymała odpowiedniej jakości i ilości sponsorowania, jakiej potrzebowali. Nie komunikowaliśmy się kiedy mogliśmy to zrobić. Więc my, Aowcy zawiedliśmy ich. Być może częściej niż myślimy, ciągle nie możemy nawiązać głębokiego kontaktu z tymi cierpiącymi dylemat braku wiary. Z pewnością nikt nie jest bardziej wyczulony na duchowe zarozumialstwo, pychę i agresję niż oni. Jestem pewien, że to coś, o czym my zbyt często zapominamy. W pierwszych pięciu latach AA niemal zrujnowałem całe przedsięwzięcie przez ten rodzaj nieświadomej arogancji. Bóg, jak ja Go rozumiałem miał być dla wszystkich. Czasami moja agresja była subtelna a czasami była surowa. Ale tak czy inaczej była szkodliwa – być może też śmiertelnie – dla niewierzących. Oczywiście to nie ogranicza się tylko do pracy Dwunastego Kroku. To wycieka wszędzie do naszych relacji z każdym. Nawet teraz łapię się na śpiewaniu tego samego refrenu "Rób jak ja robię, wierz jak ja wierzę – bo inaczej!". Oto aktualny przykład wysokich kosztów duchowej pychy. Bardzo twardych poglądów nowicjusz został wzięty na jego pierwszy mityng AA. Pierwszy spiker mówił o swoim własnym sposobie picia. Nowicjusz był pod wrażeniem. Następnych dwóch spikerów (lub może wykładowców) mówiło o "Bogu jak ja Go rozumiem". To też mogło być dobre, ale na pewno nie było. Problemem była ich postawa, sposób w jaki prezentowali ich doświadczenie. Zrobili szlam arogancji. W rzeczywistości, ostatni spiker wypadł za burtę ze swoimi teologicznymi przekonaniami. Z doskonałą wiernością powtórzyli moje własne zachowanie z przed lat. Niewypowiedziana, ale ukryta we wszystkim co powiedzieli ta sama idea "Panowie, słuchajcie nas. Mamy jedyny słuszny rodzaj AA – i lepiej go weźcie!" Nowicjusz powiedział, że już to ma – i miał. Jego sponsor protestował, że to nie było prawdziwe AA. Ale było za późno; nikt nie mógł go tknąć po czymś takim. Miał też pierwszej klasy alibi do kolejnego pijaństwa. Kiedy ostatnio o nim słyszano, niedalekie spotkanie z grabarzem wydawało się prawdopodobne. Na szczęście, taki stopień agresji w imię duchowości nie jest często spotykany obecnie. Ale ten przykry i nieczęsty epizod może być wykorzystany w imię dobra. Możemy zapytać siebie samych, czy w mniej oczywistych, niemniej jednak destrukcyjnych formach, nie jesteśmy bardziej podatni na uderzenia duchowej pychy bardziej, niż przypuszczamy. Jeśli będziemy nad tym stale pracować jestem przekonany, że żaden rodzaj samobadania nie może być bardziej przydatny. Nic nie może bardziej poprawić naszej komunikacji między sobą i z Bogiem. Wiele lat temu tak zwany "niewierzący" pozwolił mi zobaczyć to bardzo jasno. Był lekarzem i to dobrym. Poznałem jego i jego żonę Mary w domu mojego przyjaciela w mieście na środkowych zachodzie. To był zupełnie towarzyski wieczór. Nasza wspólnota alkoholików była moim jedynym tematem i zmonopolizowałem rozmowę. Niemniej jednak lekarz i jego pani wyglądali na na prawdę zainteresowanych i zadawali wiele pytań. Ale jedno z nich wzbudziło we mnie podejrzenia, że był agnostykiem, a może ateistą. To mnie bardzo poruszyło i zechciałem go nawracać, wtedy i tam. Śmiertelnie poważny, zacząłem chwalić się moim spektakularnym duchowym doświadczeniem z przed roku. Doktor łagodnie zastanawiał się, czy to doświadczenie nie mogło być czymś innym niż ja myślałem, że było. To mocno mnie uderzyło i stałem się niegrzeczny. Nie było to prawdziwą prowokacją; lekarz był uprzejmy, pogodny i pełen szacunku. Zupełnie poważnie stwierdził, że często życzłyby sobie takiej wiary. Ale nie przekonałem go do niczego. Trzy lata później odwiedziłem mojego znajomego. Mary, żona lekarza, wpadła na chwilę i dowiedziałem się, że on umarł tydzień wcześniej. Głęboko poruszona, zaczęła o nim mówić. Pochodził z uznanej Bostońskiej rodziny i był studentem Harvardu. Wspaniały student, mógł zdobyć sławę w swojej profesji. Mógł cieszyć się dobrze płatną praktyką i towarzyskim życiem wśród starych znajomych. Zamiast tego, nalegał na bycie lekarzem w firmie przemysłowej, w przemysłowym mieście. Gdy Mary czasem pytała go, dlaczego nie wróci do Bostonu, brał jej rękę i mówił: "Może masz rację, ale nie mogę zmusić się do wyjazdu. Myślę, że ludzie w firmie na prawdę mnie potrzebują". Mary wtedy zauważyła, że nie przypomina sobie aby kiedykolwiek się na coś poważnie skarżył lub ostro kogoś krytykował. Chociaż wydawał się w doskonałej formie, lekarz jednak w ostatnich pięciu latach zwolnił. Gdy Mary próbowała namówić go na wieczorne wyjście, lub próbowała złapać go w biurze punktualnie zawsze znajdował wiarygodną i dobroduszną wymówkę. Dopiero gdy jego ostatnia choroba nagle wybuchła, dowiedziała się o co w tym wszystkim chodzi, że kondycja jego serca mogła sprawić, ze w każdej chwili mogło być z nim źle. Poza jednym lekarzem z jego personelu nikt inny nie był wtajemniczony. Kiedy go zapytała oto, odpowiedział: "Cóż, nie widziałem w tym nic dobrego, aby sobą przysparzać innym kłopotów, a zwłaszcza tobie".To była historia człowieka wielkiej duchowej wartości. Cechy były łatwe do dostrzeżenia: humor i cierpliwość, łagodność i odwaga, pokora i poświęcenie, bezinteresowność i miłość – demonstracja do której nawet nie mogę się zbliżyć. To był człowiek, którego skarciłem i potraktowałem protekcjonalnie. To był "niewierzący", którego pouczałem! Mary powiedziała nam tę historię ponad dwadzieścia lat temu. Wtedy, po raz pierwszy, dotarło do mnie, jak bardzo martwa wiara może być – jeśli jest bez odpowiedzialności. Lekarz miał niezachwianą wiarę w swoje ideały. Ale on także praktykował pokorę, mądrość i odpowiedzialność. Stąd jego wspaniały pokaz. Moje własne duchowe przebudzenia dało mi wbudowaną wiarę w Boga – dar w rzeczy samej. Ale nie byłem ani pokorny, ani mądry. Szczycąc się moją wiarą zapomniałem o moich ideałach. Pycha i nieodpowiedzialność zajęły swoje miejsce. Tym samym odcięły moje własne światło, miałem mało do zaoferowania moim kolegom alkoholikom. W końcu zobaczyłem dlaczego tak wielu odeszło – niektórzy z nich na zawsze. Dlatego wiara jest czymś więcej niż naszym najwspanialszym darem; dzielenie się nim z innymi jest naszą największą odpowiedzialnością. Abyśmy więc my z AA stale poszukiwali mądrości i gotowości, dzięki którym możemy wypełnić to ogromne zaufanie, którym Dawca wszystkich doskonałych darów złożył w nasze ręce. Zobacz także: Siła większa od nas samych

Oryginał: Copyright © The A.A. Grapevine, Inc., April 1961Źródło: http://www.silkworth.net/aahistory/billw_041961.html

Najnowsze wpisy
  • "Cudowny Splot Okoliczności". Po jakimś czasie dr Bob powiedział: „Słuchaj, Bill, czy nie powinniśmy zająć się innymi alkoholikami? Wiem, że chciałbym to zrobić. Więc lepiej stwórzmy ochronę dla nas samych.” „Cóż – zapytałem – masz jakiś pomysł? Gdzie możemy ich znaleźć?”  „Kiedyś pracowałem w szpitalu miejskim, gdzie jest oddział, na który zawsze ich przyjmują. Zadzwonię do pielęgniarki, którą znam.” Zadzwonił do niej i wyjaśnił, że on i przyjaciel z Nowego Jorku mają nową metodę leczenia alkoholików. Pielęgniarka z sarkazmem, ale też z poczuciem humoru powiedziała: „Cóż, panie dyrektorze, biorąc pod uwagę pańskie wyczyny tutaj, mam nadzieję, że wypróbował ją pan na sobie.” Na co on odpowiedział, że oczywiście tak. Wtedy dodała: „Mamy dla pana wymarzonego pacjenta. Właśnie przyjęto go na oddział intensywnej terapii, podbił oczy pielęgniarce. Znajduje się w delirium, przywiązaliśmy go pasami i jest pod kontrolą.” Dr Bob udzielił kilku wskazówek dotyczących leków, co pielęgniarka sobie zapisała i powiedział, że zajrzymy jutro.  Następnego dnia dr Bob i ja ujrzeliśmy tego „mężczyznę na łóżku”. Fraza ta stała się dla nas wszystkich bardzo znana. Składaliśmy wizytę jednemu z wziętych prawników z Akron. Był zupełnie rozbity. W ciągu minionych 6 miesięcy znalazł się w szpitalu 4 razy. I, jak nam bezradnie wyznał, nawet do domu nie mógł dotrzeć trzeźwy. Opowiedziałem mu więc o naturze jego choroby, cytując dra Silkwortha. Dr Bob podzielił się swoim doświadczeniami, jak to było w jego przypadku. A jednak mężczyzna leżący na łóżku nadal kręcił głową i powiedział: „Nie, obawiam się, że to nie dla mnie. Zaszedłem zbyt daleko. Nie chodzi o wiarę w Boga, którą posiadam, ale jestem pewny, że Bóg nie ma zbyt dużo wiary we mnie. Ale wróćcie tu jeszcze. Wydaje się, że wiecie, o czym mówicie.” Następnego ranka przyszliśmy znowu. W nogach łóżka stała jego żona. A nasz nowy przyjaciel, Bill D., zawołał: „To są ci panowie. Znają odpowiedź. Wiedzą o co w tym chodzi.” A później zaczął opowiadać, jak to w trakcie nocy zaczęło docierać do niego, że jeżeli oni mogą to mogę i ja! Historię Billa D. możecie ze szczegółami – jeżeli zechcecie – przeczytać w książce „Anonimowi Alkoholicy”. Wtedy właśnie Bill D. powiedział do swojej żony: „Idź, proszę i przynieś moje ubranie. Idziemy do domu.” Wrócił do domu, z miejsca włączył się w kampanię polityczną, w trakcie której przeciwnicy wykorzystywali jego alkoholizm, ale Bill zachował trzeźwość. I wciągu następnych lat, aż do swojej niedawnej śmierci, zachował wiarę. Gdyby dzisiaj to ocenić, oznaczało to, że pierwsza grupa Anonimowych Alkoholików powstała w Akron, w „mieście na wzgórzu”.  Zanim podsumujemy tę część historii, myślę, że z pokorą powinniśmy wszyscy dostrzec cudowny splot okoliczności, niewątpliwie stworzonych przez Opatrzność, która zawiodła nas tak daleko. Potrzebna była droga Junga, który w swoim gabinecie powiedział pacjentowi: „Jedynie duchowe przeżycie może cię ocalić. Moja wiedza nie jest w stanie.” Potrzebny był posłaniec, jego pacjent, który przybył do mojego przyjaciela Ebby’ego. Potrzebne też było, żeby Ebby poświęcił swój czas i troskę, by mnie odwiedzić. Żadna z osób w tym łańcuchu nie była tak ważna jak dr Silkworth, mężczyzna, którego później nazwaliśmy „Mały lekarz, który pokochał alkoholików”. Nigdy nie wolno nam zapomnieć, że to właśnie on wyjaśnił nam istotę naszej choroby. To właśnie on w ciągu całej swej kariery zajął się około 40 tysiącami przypadków. Kiedy już powstało AA – około 12 tysiącami. Jego wkład był naprawdę nieoceniony. Był on, powtarzam, „Małym lekarzem, który naprawdę kochał alkoholików.” I przez cały ten czas, i lata wcześniej, kiedy okropnie piłem, Lois trwała przy mnie. Gdyby nie ona, prawdopodobnie nie mógłbym stać się ogniwem tego łańcucha. Bill W. � �Share on Faceboo k 📷Share on Twitt e r � �📷📷
  • Ze wspomnień Bill'a W - I potem stał się cud. Dr. Jung uważał, że człowiek to coś więcej niż związki chemiczne warte 2 dolary, zlepek instynktów i pewna ilość inteligencji. Uważał, że człowiek ma duszę. Jednakże po całorocznej kuracji Roland ponownie zapił, kiedy opuścił szpital. Po powrocie zapytał, czy jest jeszcze jakaś nadzieja. Sądził, że ten lekarz jest jego ostatnim ratunkiem. A dr Jung, wspaniały i pokorny człowiek, powiedział: „Roland, moja wiedza nie może cię uratować, ale jest jeszcze jedno źródło, a mianowicie przeżycie duchowe. Coś, co cię zmieni, zlikwiduje przymus picia i umożliwi to, czego nie mogłeś dokonać wcześniej.” Taką to wiadomość Roland przekazał Ebby’emu. W dużym stopniu było to to samo, co usłyszałem od dra Silkwortha. Byłem bezsilny, jeżeli chodzi o moje sposoby. A ta wiadomość, docierająca do mnie z nowego źródła pogłębiała jedynie moją depresję. I ponownie muszę zauważyć, że podczas swojej drugiej wizyty, Ebby nie próbował wygłaszać mi kazań. Po prostu trzymał się swojej, własnej historii, a kiedy skończył, zabrał się i wyszedł. Kiedy poszedł sobie, pogrążyłem się w najgorszej do zniesienia depresji, jaka kiedykolwiek mnie dotknęła. Przypuszczam, że przynajmniej na chwilę ostatnie ślady mego dumnego uporu zostały zniszczone. Byłem po prostu dzieckiem płaczącym samotnie, bardzo samotnym w ciemności. Trudno znaleźć słowa na określenie intensywności tej agonii. A później pamiętam zawołałem: „Jeżeli istnieje Bóg, czy się objawi?!” I potem stał się cud. Najważniejsze doświadczenie mojego całego życia. W jednej chwili pokój wypełniło oślepiające, białe światło. Ogarnęło mnie uniesienie, jakiego wcześniej nigdy nie doznałem. Wydawało mi się, że stoję wówczas na szczycie góry, gdzie wieje silny, oczyszczający wiatr. Pomyślałem sobie: „Ale to nie powietrze, to Duch, to Bóg kaznodziejów.” Jak długo pozostawałem w tym stanie, po prostu nie umiem powiedzieć. Nie potrafię również znaleźć słów, aby to opisać. Po jakimś czasie jednakże stwierdziłem, że leżę na łóżku, ale teraz znajdowałem się w nowym świecie: świecie, w którym wszystko było dobre, pomimo zła świata, w którym żyłem wcześniej. Czułem się wypełniony świadomością istnienia Ducha, istnienia Boga. Ogarnął mnie wielki spokój. Leżałem i rozkoszowałem się tą nową i radosną świadomością. Po jakimś czasie przestraszyłem się naprawdę, Pomyślałem, że miałem halucynacje. Tak więc zawołałem dra Silkwortha, opowiedziałem mu całe zdarzenie, najlepiej jak potrafiłem, i zapytałem: „Doktorze, czy ja naprawdę mam halucynacje? Czy zwariowałem?” Zadał mi kilka pytań i po jakimś czasie powiedział: „Nie Bill, nie zwariowałeś. Miała miejsce jakaś duża psychiczna przemiana. Czuję ją, widzę ale nie mogę określić. Cokolwiek to jest, jest dużo lepsze niż to, co miałeś ledwie godzinę temu. I lepiej trzymaj się tego, co masz.”
  • Narodziny tradycji naszej anonimowości (styczeń 1946) Napisał: Bill W. W latach, które mamy przed sobą zasada anonimowości bez wątpienia stanie się częścią naszej ważnej tradycji. Nawet dzisiaj odczuwamy jej praktyczną wartość. Ale bardzie istotne jest, że zaczynamy czuć, że słowo "anonimowość" ma dla nas ogromne znaczenie duchowe. Subtelnie ale potężnie przypomina nam o pierwszeństwie zasad przed osobistościami ; że zrezygnowaliśmy z osobistej gloryfikacji publicznie; że nasz ruch nie tylko naucza, ale także praktykuje prawdziwą pokorę. Że praktykowanie anonimowości w naszym public relations już miało ogromny wpływ na nas i na miliony naszych przyjaciół w świecie zewnętrznym jest poza wszelkimi wątpliwościami. Anonimowość już jest kamieniem węgielnym naszej polityki public relations.To , skąd ta idea pochodzi i jak nas urzekła jest interesującym fragmentem historii AA . W latach przed publikacją książki "Anonimowi Alkoholicy" nie mieliśmy nazwy. Bezimienni, bezkształtni, nasze podstawowe zasady zdrowienia wciąż były dyskutowane i testowane, byliśmy tylko grupą pijaków idących po omacku i z nadzieją, że jesteśmy na drodze ku wolności. Kiedy zyskaliśmy pewność, że nasze stopy stoją na właściwej drodze zdecydowaliśmy postarać się przekazać innym alkoholikom dobre wieści. W formie książki spisaliśmy istotę naszego doświadczenia. To był produkt tysięcy godzin dyskusji. Naprawdę reprezentował zbiorowy głos, serce i sumienie tych z nas, którzy byli pionierami w pierwszych czterech latach AA. Ponieważ zbliżał się dzień publikacji, męczyliśmy nasze mózgi aby znaleźć odpowiednią nazwę dla woluminu. Musieliśmy rozważyć co najmniej dwieście tytułów. Wymyślanie tytułów i głosowanie nad nimi na mityngach stało się jednym z naszych głównych działań. Wielki zamęt dyskusji i argumentacji w końcu zawęził nasz wybór do pary nazw. Powinniśmy nazwać naszą nową książkę „Droga Wyjścia” czy „Anonimowi Alkoholicy”? To było finałowe pytanie. W ostatniej chwili zagłosowały grupy w Akron i Nowym Jorku. Niewielką większością zdecydowano się na „Droga Wyjścia”. Tuż przed przekazaniem do druku ktoś zasugerował, że mogą istnieć inne książki o tym samym tytule. Jeden z naszych wczesnych samotnych członków (poczciwy stary Fitz M. , który w tym czasie mieszkał w Waszyngtonie) podszedł do Biblioteki Kongresu zbadać sprawę. Dowiedział się, że jest dokładnie dwanaście książek zatytułowanych „Droga Wyjścia”. Kiedy ta informacja została przekazana wokół, zadrżeliśmy na myśl o możliwości bycia „Trzynastą Drogą Wyjścia”. Więc „Anonimowi Alkoholicy” stało się pierwszym wyborem. Oto, jak zdobyliśmy tytuł naszej książki doświadczeń, nazwę dla naszego ruchu i jak teraz zaczynamy dostrzegać, tradycję o wielkim duchowym znaczeniu. Bóg porusza się tajemniczymi drogami wykonując Jego cuda! W książce „Anonimowi Alkoholicy” są tylko trzy odniesienia do zasady anonimowości. Wprowadzenie do naszej pierwszej edycji mówi: „Jako osoby przeważnie zajęte zawodowo nie moglibyśmy dobrze wywiązywać się z naszych obowiązków.” [AA, s. XII] i „Nalegamy, by piszący, czy mówiący o alkoholizmie członkowie naszej wspólnoty, pomijali swoje nazwisko, a zamiast tego przedstawiali się jako członkowie Anonimowych Alkoholików.” „Z naciskiem prosimy prasę o przestrzeganie tego wymogu, w przeciwnym razie znaleźlibyśmy się w trudnym położeniu” [AA, s. XII]Od czasu publikacji „Anonimowi Alkoholicy” w 1939 powstało setki grup AA. Każda z nich zadaje sobie pytanie: „Jak bardzo anonimowi powinniśmy być?” i „W gruncie rzeczy, co dobrego jest w tej zasadzie anonimowości?” W dużym stopniu każda grupa osiadła na własnej interpretacji. Naturalnie istnieje wystarczająco dużo różnic opinii pomiędzy nami. Co nasza anonimowość oznacza i jak daleko mamy się w niej posunąć? To niepokojące pytania. Choć nie obawiamy się już stygmatu alkoholizmu jak kiedyś, wciąż znajdują się osoby, które są wyjątkowo wyczulone na punkcie ich powiązania z nami. Niektórzy przychodzą pod zmienionymi nazwiskami. Inni chcą przysięgi najgłębszej tajemnicy. Boją się, że ich powiązanie z Anonimowymi Alkoholikami zrujnuje ich interesy lub pozycję społeczną. Na drugim końcu skali opinii mamy osoby, które uważają, że anonimowość to dziecinna bzdura. Czują się w obowiązku rozgłaszać fakt członkostwa w Anonimowych Alkoholikach. Uważają, że nasza Wspólnota AA ma ludzi z renomą, nawet na skalę kraju. Dlaczego, pytają, nie wykorzystać ich osobistego prestiżu tak, jak zrobiłaby to każda inna organizacja? Pomiędzy tymi skrajnościami istnieje masa odcieni tych opinii. Niektóre grupy, zwłaszcza nowe, zachowują się jak tajne organizacje. Nie życzą sobie, aby ich działalność była znana nawet wśród przyjaciół. Nawet nie proponują duchownym, doktorom, ani nawet ich żonom wzięcia udziału w żadnych mityngach. Zapraszanie reporterów prasowych? Zapomnij! Inne grupy czują, że ich społeczność powinna wiedzieć wszystko o Anonimowych Alkoholikach. Choć nie drukują żadnych nazwisk, wykorzystują każdą okazję do reklamowania aktywności ich grupy. Okazjonalnie organizują publiczne lub częściowo publiczne mityngi, gdzie Aowcy pojawiają się pod nazwiskiem. Lekarze, duchowni i urzędnicy często zapraszani są do przemówień na takich spotkaniach. Tu i tam niektórzy Aowcy porzucili całkowicie swoją anonimowość. Ich nazwiska, zdjęcia i osobista działalność pojawiły się w drukach publicznych. Jako Aowcy czasami podpisywali się swoimi nazwiskami w artykułach mówiących o ich członkostwie. Dopóki jest dość jasne, że większość z nas wierzy w anonimowość, nasza praktyka tej zasady nie różni się zbytnio. I rzeczywiście, musimy zdawać sobie sprawę, że przyszłe bezpieczeństwo i efektywność Anonimowych Alkoholików może zależeć od jej zachowania. Ważne pytanie: Gdzie powinniśmy umieścić punkt, w którym kończy się osobistość i zaczyna anonimowość? W rzeczywistości, niektórzy z nas są tak anonimowi, jak daleko sięgają nasze codzienne kontakty. Porzuciliśmy anonimowość na tym poziomie ponieważ uważamy, że nasi przyjaciele i współpracownicy powinni wiedzieć o Anonimowych Alkoholikach i o tym, co AA zrobili dla nas. Porzuciliśmy także obawy przed przyznaniem się, że jesteśmy alkoholikami. Chociaż szczerze prosiliśmy reporterów, aby nie ujawniali naszych personaliów, często przemawiamy przed częściowo otwartą publicznością pod naszymi prawdziwymi nazwiskami. Chcemy przekonać publiczność, że nasz alkoholizm to choroba i nie obawiamy się mówić o tym przed nikim. To jest ok. Jeśli jednakże zaryzykujemy ponad ten limit, z pewnością stracimy naszą zasadę anonimowości na zawsze. Jeśli każdy AA swobodnie zacznie publikować swoje nazwisko, zdjęcie i historię, wkrótce rozpocznie się orgia osobistego rozgłosu, która oczywiście nie będzie mieć końca. Czy to nie tutaj, poprzez najsilniejszy rodzaj tradycji, musimy narysować linię? W związku z tym, powinno być przywilejem każdego z AA okryć się tak dużą osobistą anonimowością, jakiej pragnie. Jego koledzy Aowcy powinni respektować jego życzenia i pomóc strzec jego statusu, jaki chce przyjąć. Natomiast indywidualnie członek AA powinien szanować uczucia jego lokalnej grupy odnośnie anonimowości. Jeśli członkowie jego grupy życzą sobie być mniej widoczni w ich społeczności niż on chce, powinien się on dostosować do grupy dopóki nie zmienią na ten temat zdania. Powinno być światową polityką, że żaden członek Anonimowych Alkoholików nie powinien nigdy swobodnie publikować, w połączeniu z żadną aktywnością AA, jego nazwiska lub zdjęcia w mediach w obrocie publicznym. To nie ogranicza możliwości korzystania z nazwiska w publicznej aktywności oczywiście, jeśli nie ujawnia członkostwa w AA. Jeśli te sugestie lub ich wariacje zostaną zaadoptowane jako generalna polityka, każdy AA może zechcieć dowiedzieć się więcej o naszym doświadczeniu. Na pewno zechce wiedzieć, co większość naszych starszych członków myśli na temat anonimowości w dzisiejszych czasach. Celem tego fragmentu będzie podzielić się ze wszystkimi naszym wspólnym doświadczeniem. Po pierwsze, wierzę że większość z nas zgodzi się, że ogólna idea anonimowości dobrze brzmi, ponieważ zachęca alkoholików i ich rodziny do odezwania się do nas po pomoc. Ciągle obawiają się stygmatyzacji, uznają naszą anonimowość jako zapewnienie, że ich problemy będą utrzymane w tajemnicy; że szkielet alkoholika z rodzinnej szafy nie zacznie wędrować po ulicach. Po drugie, polityka anonimowości jest ochroną naszej sprawy. To zabezpiecza nas przed tym, że nasi tak zwani założyciele lub liderzy staną się osobami, które mogą w dowolnej chwili upić się i podbić AA oko. Nikt nie może powiedzieć, że to nie może się zdarzyć. Może. Po trzecie, niemal każdy reporter gazety który zainteresuje się nami, na początku narzeka na problemy związane z pisaniem artykułu bez nazwisk. Ale szybko zapomina o tej trudności kiedy dociera do niego, że to grupa ludzi, których nie interesuje osobisty rozgłos. Prawdopodobnie pierwszy raz w jego życiu opisuje organizację, która nie chce osobistego rozgłosu. Z cynika, którym mógł być poprzez szczerość błyskawicznie przekształci się w przyjaciela AA. Wtedy jego artykuł będzie przyjazny, nigdy nie będzie rutynową robotą. Będzie pisany z entuzjazmem, ponieważ reporter poczuje to sobą. Ludzie często pytają, jak Anonimowi Alkoholicy byli w stanie zapewnić sobie taką niesamowitą ilość doskonałego rozgłosu. Wygląda na to, że odpowiedzią jest to, że praktycznie każdy, kto o nas pisze staje się nawróconym AA, czasami bardzo gorliwym. Czy to nie nasza zasada anonimowości przede wszystkim odpowiada za ten fenomen? Po czwarte, dlaczego społeczeństwo traktuje nas tak korzystnie? Czy po prostu dlatego, że przynosimy zdrowienie tak wielu alkoholikom? Nie, to z pewnością nie może być cała historia. Jakkolwiek pod wrażeniem naszych sukcesów może być Jan Kowalski, jest bardziej zainteresowany naszym sposobem życia. Zmęczony agresywną sprzedażą, spektakularną promocją i krzyczącymi znakami publicznymi, czuje powiew świeżości naszego spokoju, skromności i anonimowości. Być może czuje wielką duchową moc – że coś nowego stało się w jego życiu. Jeśli anonimowość już zrobiła dla nas te rzeczy, z pewnością powinniśmy kontynuować ją jako ogólną politykę. Tak bardzo cenna dla nas teraz może stać się nieprzewidywalnym atutem w przyszłości. W duchowym sensie anonimowość wnosi zrzeczenie się osobistego prestiżu jako instrumentu ogólnej polityki. Jestem przekonany, że zachowamy tę potężną zasadę, że nigdy z niej nie zrezygnujemy. Więc co z jej stosowaniem? Ponieważ głosimy anonimowość każdego nowicjusza, powinniśmy, rzecz jasna, zachować anonimowość nowego członka tak długo, jak on chce ją zachować – ponieważ, kiedy o nas przeczytał i przyszedł do nas, dokładnie to obiecaliśmy. I nawet, jeśli on chce przyjść do nas pod przybranym nazwiskiem, powinniśmy mu to umożliwić. Jeśli życzy sobie, abyśmy powstrzymali się od omawiania jego sprawy z kimkolwiek, nawet z innym członkiem AA, powinniśmy uszanować także to życzenie. O ile większość nowicjuszy nie troszczy się o to, kto wie o ich alkoholizmie, są też tacy, którzy troszczą się bardzo. Zabezpieczmy to w każdy sposób, dopóki nie pozbędą się tych uczuć. Kolejny problem to nowicjusz, który chce porzucić jego anonimowość zbyt szybko. Biegnie do wszystkich swoich znajomych z radosną wiadomością o AA. Jeśli jego grupa nie ostrzeże go, może pospieszyć do redakcji gazety lub przed mikrofon powiedzieć całemu światu o sobie. Może także powiedzieć każdemu wszelkie szczegóły jego osobistego życia, aby wkrótce przekonać się, że w związku z tym ma zbyt dużo rozgłosu! Powinniśmy zasugerować mu, że się przemęcza, że najpierw powinien stanąć na własnych nogach zanim będzie mówił o AA każdemu bez wyjątku, że nikt nie myśli o nagłaśnianiu AA zanim nie będzie pewien, że jego grupa się na to zgodzi. Pojawia się też problem anonimowości grupy. Tak, jak jednostki, prawdopodobnie grupa powinna poczuć własną drogę i być ostrożna dopóki nie uzyska sił i doświadczenia. Nie powinno być zbyt dużego pośpiechu aby przyprowadzać ludzi z zewnątrz lub organizować publiczne spotkania. Jednak ten wczesny konserwatyzm nie powinien być zbyt przesadzony. Niektóre grupy idą jeszcze dalej, rok po roku odrzucają wszelką działalność publiczną lub spotkania, z wyjątkiem tych wyłącznie dla alkoholików. Takie grupy mogą rosnąć wolniej. Zestarzeją się ponieważ nie przyjmują świeżej krwi wystarczająco szybko. W ich niepokojach związanych z zachowaniem tajności zapominają, że mają zobowiązania wobec innych alkoholików w ich społeczności, którzy nie słyszeli że AA dotarło do miasta. Ale takie nierozsądne zachowanie ostrożności w końcu zostaje przełamane. Krok po kroku niektóre mityngi zostają otwarte dla rodzin i bliskich przyjaciół. Duchowny i lekarz mogą zostać zaproszeniu. W końcu grupa zwraca się o pomoc do lokalnej gazety. W większości miejsc, ale nie wszędzie, typowym jest, że Aowiec używa własnego nazwiska przemawiając przed publicznym lub częściowo publicznym zgromadzeniem. Ma to na celu przekonać publiczność, że nie boimy się już stygmatu alkoholizmu. Jeśli jednakże obecni są reporterzy, proszeni są usilnie o nie używanie żadnego nazwiska alkoholika w programie. To zachowuje zasadę anonimowości w obszarze publicznym i jednocześnie prezentuje nas jako grupę alkoholików, którzy już nie obawiają się, że nasi znajomi dowiedzą się, że byliśmy bardzo chorymi ludźmi. W praktyce wygląda na to, że zasada anonimowości może być sprowadzona do tego: z jednym bardzo istotnym wyjątkiem, to, jak daleko każda osoba lub grupa może posunąć się w porzucaniu anonimowości jest pozostawione wyłącznie tej osobie lub grupie, których dotyczy. Wyjątek: wszystkie grupy lub osoby, kiedy mówią lub piszą jako członkowie Anonimowych Alkoholików, nie powinny nigdy ujawniać swoich prawdziwych nazwisk. W tym momencie uważamy, że tutaj powinniśmy narysować linię anonimowości. Nie powinniśmy ujawniać siebie do opinii publicznej poprzez media prasy, w zdjęciach lub radio. Każdy, kto porzuca swoją anonimowość musi uwzględnić, że może on stać się precedensem, który może zniszczyć cenną zasadę. Nie możemy nigdy dopuścić, aby bezpośrednie korzyści wstrząsnęły nami w naszej determinacji do zachowania w stanie nienaruszonym bardzo ważną tradycję. Wielka skromność i pokora są potrzebne każdemu AA dla jego własnego trwałego zdrowienia. Jeśli te cnoty są tak bardzo potrzebne jednostkom, są także potrzebne AA jako całości. Ta zasada anonimowości przed ogółem społeczeństwa może, jeśli potraktujemy ją poważnie, zagwarantować ruchowi Anonimowych Alkoholików te atrybuty na zawsze. Nasze public relations powinno głównie działać na zasadzie przyciągania i rzadko, jeśli w ogóle, promocji. Przejdź do Artykuły Grapevine Oryginał: Copyright © The A.A. Grapevine , Inc., January 1946 Źródło: http://silkworth.net/grapevine/tradition_born.html Przekład nieautoryzowany, #62