Dla osób oraz rodzin zmagających się z uzależnieniem alkoholowym

4 wrz 2018

"Cudowny Splot Okoliczności"

Komentarze: 0

 

"Cudowny Splot Okoliczności".

Po jakimś czasie dr Bob powiedział: „Słuchaj, Bill, czy nie powinniśmy zająć się innymi alkoholikami? Wiem, że chciałbym to zrobić. Więc lepiej stwórzmy ochronę dla nas samych.” „Cóż – zapytałem – masz jakiś pomysł? Gdzie możemy ich znaleźć?”  „Kiedyś pracowałem w szpitalu miejskim, gdzie jest oddział, na który zawsze ich przyjmują. Zadzwonię do pielęgniarki, którą znam.”

Zadzwonił do niej i wyjaśnił, że on i przyjaciel z Nowego Jorku mają nową metodę leczenia alkoholików. Pielęgniarka z sarkazmem, ale też z poczuciem humoru powiedziała: „Cóż, panie dyrektorze, biorąc pod uwagę pańskie wyczyny tutaj, mam nadzieję, że wypróbował ją pan na sobie.” Na co on odpowiedział, że oczywiście tak. Wtedy dodała: „Mamy dla pana wymarzonego pacjenta. Właśnie przyjęto go na oddział intensywnej terapii, podbił oczy pielęgniarce. Znajduje się w delirium, przywiązaliśmy go pasami i jest pod kontrolą.” Dr Bob udzielił kilku wskazówek dotyczących leków, co pielęgniarka sobie zapisała i powiedział, że zajrzymy jutro.  Następnego dnia dr Bob i ja ujrzeliśmy tego „mężczyznę na łóżku”. Fraza ta stała się dla nas wszystkich bardzo znana. Składaliśmy wizytę jednemu z wziętych prawników z Akron. Był zupełnie rozbity. W ciągu minionych 6 miesięcy znalazł się w szpitalu 4 razy. I, jak nam bezradnie wyznał, nawet do domu nie mógł dotrzeć trzeźwy. Opowiedziałem mu więc o naturze jego choroby, cytując dra Silkwortha. Dr Bob podzielił się swoim doświadczeniami, jak to było w jego przypadku. A jednak mężczyzna leżący na łóżku nadal kręcił głową i powiedział: „Nie, obawiam się, że to nie dla mnie. Zaszedłem zbyt daleko. Nie chodzi o wiarę w Boga, którą posiadam, ale jestem pewny, że Bóg nie ma zbyt dużo wiary we mnie. Ale wróćcie tu jeszcze. Wydaje się, że wiecie, o czym mówicie.” Następnego ranka przyszliśmy znowu. W nogach łóżka stała jego żona. A nasz nowy przyjaciel, Bill D., zawołał: „To są ci panowie. Znają odpowiedź. Wiedzą o co w tym chodzi.” A później zaczął opowiadać, jak to w trakcie nocy zaczęło docierać do niego, że jeżeli oni mogą to mogę i ja! Historię Billa D. możecie ze szczegółami – jeżeli zechcecie – przeczytać w książce „Anonimowi Alkoholicy”. Wtedy właśnie Bill D. powiedział do swojej żony: „Idź, proszę i przynieś moje ubranie. Idziemy do domu.” Wrócił do domu, z miejsca włączył się w kampanię polityczną, w trakcie której przeciwnicy wykorzystywali jego alkoholizm, ale Bill zachował trzeźwość. I wciągu następnych lat, aż do swojej niedawnej śmierci, zachował wiarę. Gdyby dzisiaj to ocenić, oznaczało to, że pierwsza grupa Anonimowych Alkoholików powstała w Akron, w „mieście na wzgórzu”.  Zanim podsumujemy tę część historii, myślę, że z pokorą powinniśmy wszyscy dostrzec cudowny splot okoliczności, niewątpliwie stworzonych przez Opatrzność, która zawiodła nas tak daleko. Potrzebna była droga Junga, który w swoim gabinecie powiedział pacjentowi: „Jedynie duchowe przeżycie może cię ocalić. Moja wiedza nie jest w stanie.” Potrzebny był posłaniec, jego pacjent, który przybył do mojego przyjaciela Ebby’ego. Potrzebne też było, żeby Ebby poświęcił swój czas i troskę, by mnie odwiedzić. Żadna z osób w tym łańcuchu nie była tak ważna jak dr Silkworth, mężczyzna, którego później nazwaliśmy „Mały lekarz, który pokochał alkoholików”. Nigdy nie wolno nam zapomnieć, że to właśnie on wyjaśnił nam istotę naszej choroby. To właśnie on w ciągu całej swej kariery zajął się około 40 tysiącami przypadków. Kiedy już powstało AA – około 12 tysiącami. Jego wkład był naprawdę nieoceniony. Był on, powtarzam, „Małym lekarzem, który naprawdę kochał alkoholików.” I przez cały ten czas, i lata wcześniej, kiedy okropnie piłem, Lois trwała przy mnie. Gdyby nie ona, prawdopodobnie nie mógłbym stać się ogniwem tego łańcucha.

Bill W.

Share on Facebook
Share on Twitter

Najnowsze wpisy
  • Ze wspomnień Bill'a W - I potem stał się cud. Dr. Jung uważał, że człowiek to coś więcej niż związki chemiczne warte 2 dolary, zlepek instynktów i pewna ilość inteligencji. Uważał, że człowiek ma duszę. Jednakże po całorocznej kuracji Roland ponownie zapił, kiedy opuścił szpital. Po powrocie zapytał, czy jest jeszcze jakaś nadzieja. Sądził, że ten lekarz jest jego ostatnim ratunkiem. A dr Jung, wspaniały i pokorny człowiek, powiedział: „Roland, moja wiedza nie może cię uratować, ale jest jeszcze jedno źródło, a mianowicie przeżycie duchowe. Coś, co cię zmieni, zlikwiduje przymus picia i umożliwi to, czego nie mogłeś dokonać wcześniej.” Taką to wiadomość Roland przekazał Ebby’emu. W dużym stopniu było to to samo, co usłyszałem od dra Silkwortha. Byłem bezsilny, jeżeli chodzi o moje sposoby. A ta wiadomość, docierająca do mnie z nowego źródła pogłębiała jedynie moją depresję. I ponownie muszę zauważyć, że podczas swojej drugiej wizyty, Ebby nie próbował wygłaszać mi kazań. Po prostu trzymał się swojej, własnej historii, a kiedy skończył, zabrał się i wyszedł. Kiedy poszedł sobie, pogrążyłem się w najgorszej do zniesienia depresji, jaka kiedykolwiek mnie dotknęła. Przypuszczam, że przynajmniej na chwilę ostatnie ślady mego dumnego uporu zostały zniszczone. Byłem po prostu dzieckiem płaczącym samotnie, bardzo samotnym w ciemności. Trudno znaleźć słowa na określenie intensywności tej agonii. A później pamiętam zawołałem: „Jeżeli istnieje Bóg, czy się objawi?!” I potem stał się cud. Najważniejsze doświadczenie mojego całego życia. W jednej chwili pokój wypełniło oślepiające, białe światło. Ogarnęło mnie uniesienie, jakiego wcześniej nigdy nie doznałem. Wydawało mi się, że stoję wówczas na szczycie góry, gdzie wieje silny, oczyszczający wiatr. Pomyślałem sobie: „Ale to nie powietrze, to Duch, to Bóg kaznodziejów.” Jak długo pozostawałem w tym stanie, po prostu nie umiem powiedzieć. Nie potrafię również znaleźć słów, aby to opisać. Po jakimś czasie jednakże stwierdziłem, że leżę na łóżku, ale teraz znajdowałem się w nowym świecie: świecie, w którym wszystko było dobre, pomimo zła świata, w którym żyłem wcześniej. Czułem się wypełniony świadomością istnienia Ducha, istnienia Boga. Ogarnął mnie wielki spokój. Leżałem i rozkoszowałem się tą nową i radosną świadomością. Po jakimś czasie przestraszyłem się naprawdę, Pomyślałem, że miałem halucynacje. Tak więc zawołałem dra Silkwortha, opowiedziałem mu całe zdarzenie, najlepiej jak potrafiłem, i zapytałem: „Doktorze, czy ja naprawdę mam halucynacje? Czy zwariowałem?” Zadał mi kilka pytań i po jakimś czasie powiedział: „Nie Bill, nie zwariowałeś. Miała miejsce jakaś duża psychiczna przemiana. Czuję ją, widzę ale nie mogę określić. Cokolwiek to jest, jest dużo lepsze niż to, co miałeś ledwie godzinę temu. I lepiej trzymaj się tego, co masz.”
  • Narodziny tradycji naszej anonimowości (styczeń 1946) Napisał: Bill W. W latach, które mamy przed sobą zasada anonimowości bez wątpienia stanie się częścią naszej ważnej tradycji. Nawet dzisiaj odczuwamy jej praktyczną wartość. Ale bardzie istotne jest, że zaczynamy czuć, że słowo "anonimowość" ma dla nas ogromne znaczenie duchowe. Subtelnie ale potężnie przypomina nam o pierwszeństwie zasad przed osobistościami ; że zrezygnowaliśmy z osobistej gloryfikacji publicznie; że nasz ruch nie tylko naucza, ale także praktykuje prawdziwą pokorę. Że praktykowanie anonimowości w naszym public relations już miało ogromny wpływ na nas i na miliony naszych przyjaciół w świecie zewnętrznym jest poza wszelkimi wątpliwościami. Anonimowość już jest kamieniem węgielnym naszej polityki public relations.To , skąd ta idea pochodzi i jak nas urzekła jest interesującym fragmentem historii AA . W latach przed publikacją książki "Anonimowi Alkoholicy" nie mieliśmy nazwy. Bezimienni, bezkształtni, nasze podstawowe zasady zdrowienia wciąż były dyskutowane i testowane, byliśmy tylko grupą pijaków idących po omacku i z nadzieją, że jesteśmy na drodze ku wolności. Kiedy zyskaliśmy pewność, że nasze stopy stoją na właściwej drodze zdecydowaliśmy postarać się przekazać innym alkoholikom dobre wieści. W formie książki spisaliśmy istotę naszego doświadczenia. To był produkt tysięcy godzin dyskusji. Naprawdę reprezentował zbiorowy głos, serce i sumienie tych z nas, którzy byli pionierami w pierwszych czterech latach AA. Ponieważ zbliżał się dzień publikacji, męczyliśmy nasze mózgi aby znaleźć odpowiednią nazwę dla woluminu. Musieliśmy rozważyć co najmniej dwieście tytułów. Wymyślanie tytułów i głosowanie nad nimi na mityngach stało się jednym z naszych głównych działań. Wielki zamęt dyskusji i argumentacji w końcu zawęził nasz wybór do pary nazw. Powinniśmy nazwać naszą nową książkę „Droga Wyjścia” czy „Anonimowi Alkoholicy”? To było finałowe pytanie. W ostatniej chwili zagłosowały grupy w Akron i Nowym Jorku. Niewielką większością zdecydowano się na „Droga Wyjścia”. Tuż przed przekazaniem do druku ktoś zasugerował, że mogą istnieć inne książki o tym samym tytule. Jeden z naszych wczesnych samotnych członków (poczciwy stary Fitz M. , który w tym czasie mieszkał w Waszyngtonie) podszedł do Biblioteki Kongresu zbadać sprawę. Dowiedział się, że jest dokładnie dwanaście książek zatytułowanych „Droga Wyjścia”. Kiedy ta informacja została przekazana wokół, zadrżeliśmy na myśl o możliwości bycia „Trzynastą Drogą Wyjścia”. Więc „Anonimowi Alkoholicy” stało się pierwszym wyborem. Oto, jak zdobyliśmy tytuł naszej książki doświadczeń, nazwę dla naszego ruchu i jak teraz zaczynamy dostrzegać, tradycję o wielkim duchowym znaczeniu. Bóg porusza się tajemniczymi drogami wykonując Jego cuda! W książce „Anonimowi Alkoholicy” są tylko trzy odniesienia do zasady anonimowości. Wprowadzenie do naszej pierwszej edycji mówi: „Jako osoby przeważnie zajęte zawodowo nie moglibyśmy dobrze wywiązywać się z naszych obowiązków.” [AA, s. XII] i „Nalegamy, by piszący, czy mówiący o alkoholizmie członkowie naszej wspólnoty, pomijali swoje nazwisko, a zamiast tego przedstawiali się jako członkowie Anonimowych Alkoholików.” „Z naciskiem prosimy prasę o przestrzeganie tego wymogu, w przeciwnym razie znaleźlibyśmy się w trudnym położeniu” [AA, s. XII]Od czasu publikacji „Anonimowi Alkoholicy” w 1939 powstało setki grup AA. Każda z nich zadaje sobie pytanie: „Jak bardzo anonimowi powinniśmy być?” i „W gruncie rzeczy, co dobrego jest w tej zasadzie anonimowości?” W dużym stopniu każda grupa osiadła na własnej interpretacji. Naturalnie istnieje wystarczająco dużo różnic opinii pomiędzy nami. Co nasza anonimowość oznacza i jak daleko mamy się w niej posunąć? To niepokojące pytania. Choć nie obawiamy się już stygmatu alkoholizmu jak kiedyś, wciąż znajdują się osoby, które są wyjątkowo wyczulone na punkcie ich powiązania z nami. Niektórzy przychodzą pod zmienionymi nazwiskami. Inni chcą przysięgi najgłębszej tajemnicy. Boją się, że ich powiązanie z Anonimowymi Alkoholikami zrujnuje ich interesy lub pozycję społeczną. Na drugim końcu skali opinii mamy osoby, które uważają, że anonimowość to dziecinna bzdura. Czują się w obowiązku rozgłaszać fakt członkostwa w Anonimowych Alkoholikach. Uważają, że nasza Wspólnota AA ma ludzi z renomą, nawet na skalę kraju. Dlaczego, pytają, nie wykorzystać ich osobistego prestiżu tak, jak zrobiłaby to każda inna organizacja? Pomiędzy tymi skrajnościami istnieje masa odcieni tych opinii. Niektóre grupy, zwłaszcza nowe, zachowują się jak tajne organizacje. Nie życzą sobie, aby ich działalność była znana nawet wśród przyjaciół. Nawet nie proponują duchownym, doktorom, ani nawet ich żonom wzięcia udziału w żadnych mityngach. Zapraszanie reporterów prasowych? Zapomnij! Inne grupy czują, że ich społeczność powinna wiedzieć wszystko o Anonimowych Alkoholikach. Choć nie drukują żadnych nazwisk, wykorzystują każdą okazję do reklamowania aktywności ich grupy. Okazjonalnie organizują publiczne lub częściowo publiczne mityngi, gdzie Aowcy pojawiają się pod nazwiskiem. Lekarze, duchowni i urzędnicy często zapraszani są do przemówień na takich spotkaniach. Tu i tam niektórzy Aowcy porzucili całkowicie swoją anonimowość. Ich nazwiska, zdjęcia i osobista działalność pojawiły się w drukach publicznych. Jako Aowcy czasami podpisywali się swoimi nazwiskami w artykułach mówiących o ich członkostwie. Dopóki jest dość jasne, że większość z nas wierzy w anonimowość, nasza praktyka tej zasady nie różni się zbytnio. I rzeczywiście, musimy zdawać sobie sprawę, że przyszłe bezpieczeństwo i efektywność Anonimowych Alkoholików może zależeć od jej zachowania. Ważne pytanie: Gdzie powinniśmy umieścić punkt, w którym kończy się osobistość i zaczyna anonimowość? W rzeczywistości, niektórzy z nas są tak anonimowi, jak daleko sięgają nasze codzienne kontakty. Porzuciliśmy anonimowość na tym poziomie ponieważ uważamy, że nasi przyjaciele i współpracownicy powinni wiedzieć o Anonimowych Alkoholikach i o tym, co AA zrobili dla nas. Porzuciliśmy także obawy przed przyznaniem się, że jesteśmy alkoholikami. Chociaż szczerze prosiliśmy reporterów, aby nie ujawniali naszych personaliów, często przemawiamy przed częściowo otwartą publicznością pod naszymi prawdziwymi nazwiskami. Chcemy przekonać publiczność, że nasz alkoholizm to choroba i nie obawiamy się mówić o tym przed nikim. To jest ok. Jeśli jednakże zaryzykujemy ponad ten limit, z pewnością stracimy naszą zasadę anonimowości na zawsze. Jeśli każdy AA swobodnie zacznie publikować swoje nazwisko, zdjęcie i historię, wkrótce rozpocznie się orgia osobistego rozgłosu, która oczywiście nie będzie mieć końca. Czy to nie tutaj, poprzez najsilniejszy rodzaj tradycji, musimy narysować linię? W związku z tym, powinno być przywilejem każdego z AA okryć się tak dużą osobistą anonimowością, jakiej pragnie. Jego koledzy Aowcy powinni respektować jego życzenia i pomóc strzec jego statusu, jaki chce przyjąć. Natomiast indywidualnie członek AA powinien szanować uczucia jego lokalnej grupy odnośnie anonimowości. Jeśli członkowie jego grupy życzą sobie być mniej widoczni w ich społeczności niż on chce, powinien się on dostosować do grupy dopóki nie zmienią na ten temat zdania. Powinno być światową polityką, że żaden członek Anonimowych Alkoholików nie powinien nigdy swobodnie publikować, w połączeniu z żadną aktywnością AA, jego nazwiska lub zdjęcia w mediach w obrocie publicznym. To nie ogranicza możliwości korzystania z nazwiska w publicznej aktywności oczywiście, jeśli nie ujawnia członkostwa w AA. Jeśli te sugestie lub ich wariacje zostaną zaadoptowane jako generalna polityka, każdy AA może zechcieć dowiedzieć się więcej o naszym doświadczeniu. Na pewno zechce wiedzieć, co większość naszych starszych członków myśli na temat anonimowości w dzisiejszych czasach. Celem tego fragmentu będzie podzielić się ze wszystkimi naszym wspólnym doświadczeniem. Po pierwsze, wierzę że większość z nas zgodzi się, że ogólna idea anonimowości dobrze brzmi, ponieważ zachęca alkoholików i ich rodziny do odezwania się do nas po pomoc. Ciągle obawiają się stygmatyzacji, uznają naszą anonimowość jako zapewnienie, że ich problemy będą utrzymane w tajemnicy; że szkielet alkoholika z rodzinnej szafy nie zacznie wędrować po ulicach. Po drugie, polityka anonimowości jest ochroną naszej sprawy. To zabezpiecza nas przed tym, że nasi tak zwani założyciele lub liderzy staną się osobami, które mogą w dowolnej chwili upić się i podbić AA oko. Nikt nie może powiedzieć, że to nie może się zdarzyć. Może. Po trzecie, niemal każdy reporter gazety który zainteresuje się nami, na początku narzeka na problemy związane z pisaniem artykułu bez nazwisk. Ale szybko zapomina o tej trudności kiedy dociera do niego, że to grupa ludzi, których nie interesuje osobisty rozgłos. Prawdopodobnie pierwszy raz w jego życiu opisuje organizację, która nie chce osobistego rozgłosu. Z cynika, którym mógł być poprzez szczerość błyskawicznie przekształci się w przyjaciela AA. Wtedy jego artykuł będzie przyjazny, nigdy nie będzie rutynową robotą. Będzie pisany z entuzjazmem, ponieważ reporter poczuje to sobą. Ludzie często pytają, jak Anonimowi Alkoholicy byli w stanie zapewnić sobie taką niesamowitą ilość doskonałego rozgłosu. Wygląda na to, że odpowiedzią jest to, że praktycznie każdy, kto o nas pisze staje się nawróconym AA, czasami bardzo gorliwym. Czy to nie nasza zasada anonimowości przede wszystkim odpowiada za ten fenomen? Po czwarte, dlaczego społeczeństwo traktuje nas tak korzystnie? Czy po prostu dlatego, że przynosimy zdrowienie tak wielu alkoholikom? Nie, to z pewnością nie może być cała historia. Jakkolwiek pod wrażeniem naszych sukcesów może być Jan Kowalski, jest bardziej zainteresowany naszym sposobem życia. Zmęczony agresywną sprzedażą, spektakularną promocją i krzyczącymi znakami publicznymi, czuje powiew świeżości naszego spokoju, skromności i anonimowości. Być może czuje wielką duchową moc – że coś nowego stało się w jego życiu. Jeśli anonimowość już zrobiła dla nas te rzeczy, z pewnością powinniśmy kontynuować ją jako ogólną politykę. Tak bardzo cenna dla nas teraz może stać się nieprzewidywalnym atutem w przyszłości. W duchowym sensie anonimowość wnosi zrzeczenie się osobistego prestiżu jako instrumentu ogólnej polityki. Jestem przekonany, że zachowamy tę potężną zasadę, że nigdy z niej nie zrezygnujemy. Więc co z jej stosowaniem? Ponieważ głosimy anonimowość każdego nowicjusza, powinniśmy, rzecz jasna, zachować anonimowość nowego członka tak długo, jak on chce ją zachować – ponieważ, kiedy o nas przeczytał i przyszedł do nas, dokładnie to obiecaliśmy. I nawet, jeśli on chce przyjść do nas pod przybranym nazwiskiem, powinniśmy mu to umożliwić. Jeśli życzy sobie, abyśmy powstrzymali się od omawiania jego sprawy z kimkolwiek, nawet z innym członkiem AA, powinniśmy uszanować także to życzenie. O ile większość nowicjuszy nie troszczy się o to, kto wie o ich alkoholizmie, są też tacy, którzy troszczą się bardzo. Zabezpieczmy to w każdy sposób, dopóki nie pozbędą się tych uczuć. Kolejny problem to nowicjusz, który chce porzucić jego anonimowość zbyt szybko. Biegnie do wszystkich swoich znajomych z radosną wiadomością o AA. Jeśli jego grupa nie ostrzeże go, może pospieszyć do redakcji gazety lub przed mikrofon powiedzieć całemu światu o sobie. Może także powiedzieć każdemu wszelkie szczegóły jego osobistego życia, aby wkrótce przekonać się, że w związku z tym ma zbyt dużo rozgłosu! Powinniśmy zasugerować mu, że się przemęcza, że najpierw powinien stanąć na własnych nogach zanim będzie mówił o AA każdemu bez wyjątku, że nikt nie myśli o nagłaśnianiu AA zanim nie będzie pewien, że jego grupa się na to zgodzi. Pojawia się też problem anonimowości grupy. Tak, jak jednostki, prawdopodobnie grupa powinna poczuć własną drogę i być ostrożna dopóki nie uzyska sił i doświadczenia. Nie powinno być zbyt dużego pośpiechu aby przyprowadzać ludzi z zewnątrz lub organizować publiczne spotkania. Jednak ten wczesny konserwatyzm nie powinien być zbyt przesadzony. Niektóre grupy idą jeszcze dalej, rok po roku odrzucają wszelką działalność publiczną lub spotkania, z wyjątkiem tych wyłącznie dla alkoholików. Takie grupy mogą rosnąć wolniej. Zestarzeją się ponieważ nie przyjmują świeżej krwi wystarczająco szybko. W ich niepokojach związanych z zachowaniem tajności zapominają, że mają zobowiązania wobec innych alkoholików w ich społeczności, którzy nie słyszeli że AA dotarło do miasta. Ale takie nierozsądne zachowanie ostrożności w końcu zostaje przełamane. Krok po kroku niektóre mityngi zostają otwarte dla rodzin i bliskich przyjaciół. Duchowny i lekarz mogą zostać zaproszeniu. W końcu grupa zwraca się o pomoc do lokalnej gazety. W większości miejsc, ale nie wszędzie, typowym jest, że Aowiec używa własnego nazwiska przemawiając przed publicznym lub częściowo publicznym zgromadzeniem. Ma to na celu przekonać publiczność, że nie boimy się już stygmatu alkoholizmu. Jeśli jednakże obecni są reporterzy, proszeni są usilnie o nie używanie żadnego nazwiska alkoholika w programie. To zachowuje zasadę anonimowości w obszarze publicznym i jednocześnie prezentuje nas jako grupę alkoholików, którzy już nie obawiają się, że nasi znajomi dowiedzą się, że byliśmy bardzo chorymi ludźmi. W praktyce wygląda na to, że zasada anonimowości może być sprowadzona do tego: z jednym bardzo istotnym wyjątkiem, to, jak daleko każda osoba lub grupa może posunąć się w porzucaniu anonimowości jest pozostawione wyłącznie tej osobie lub grupie, których dotyczy. Wyjątek: wszystkie grupy lub osoby, kiedy mówią lub piszą jako członkowie Anonimowych Alkoholików, nie powinny nigdy ujawniać swoich prawdziwych nazwisk. W tym momencie uważamy, że tutaj powinniśmy narysować linię anonimowości. Nie powinniśmy ujawniać siebie do opinii publicznej poprzez media prasy, w zdjęciach lub radio. Każdy, kto porzuca swoją anonimowość musi uwzględnić, że może on stać się precedensem, który może zniszczyć cenną zasadę. Nie możemy nigdy dopuścić, aby bezpośrednie korzyści wstrząsnęły nami w naszej determinacji do zachowania w stanie nienaruszonym bardzo ważną tradycję. Wielka skromność i pokora są potrzebne każdemu AA dla jego własnego trwałego zdrowienia. Jeśli te cnoty są tak bardzo potrzebne jednostkom, są także potrzebne AA jako całości. Ta zasada anonimowości przed ogółem społeczeństwa może, jeśli potraktujemy ją poważnie, zagwarantować ruchowi Anonimowych Alkoholików te atrybuty na zawsze. Nasze public relations powinno głównie działać na zasadzie przyciągania i rzadko, jeśli w ogóle, promocji. Przejdź do Artykuły Grapevine Oryginał: Copyright © The A.A. Grapevine , Inc., January 1946 Źródło: http://silkworth.net/grapevine/tradition_born.html Przekład nieautoryzowany, #62
  • Problem strachu Jak mówi Księga AA: "Strach jest złym, skorodowanym wątkiem; tkaniny naszego życia są go pełne" (aktualne tłumaczenie Wielkiej Księgi: "To złe zardzewiałe ogniwo, które spajało całą naszą egzystencję." [AA, s. 58]). Strach z pewnością blokuje rozsądek, miłość i oczywiście niezmiennie zasila gniew, próżność i agresję. Leży on u podstaw sentymentalnej winy i paraliżującej depresji. Prezydent Roosevelt kiedyś słusznie zauważył, że "nie mamy się czego bać, poza samym strachem". To jest poważne oskarżenie i być może zbyt daleko idące. Przy całym jego niszczycielstwie zauważyliśmy, że ten strach może być punktem startu do lepszych rzeczy. Strach może być odskocznią do rozwagi i szacunku do innych. Może on wskazywać ścieżkę do sprawiedliwości, ale i do nienawiści również. A im więcej mamy szacunku i sprawiedliwości, tym bardziej powinniśmy zacząć szukać miłości, która może wycierpieć wiele i ciągle być dawana za darmo. Tak więc strach nie musi być zawsze destrukcyjny, ponieważ lekcje wynikające z jego konsekwencji mogą prowadzić nas do pozytywnych wartości. Osiągnięcie wolności od strachu jest przedsięwzięciem na całe życie, które nie może być w pełni ukończone. Gdy jesteśmy pod ciężkim ostrzałem, w ostrej chorobie lub w innych warunkach poważnego niebezpieczeństwa, wszyscy reagujemy, prawidłowo lub nieprawidłowo, w zależności od przypadku. Tylko osoba próżna twierdzi, że jest całkowicie wolna od strachu, ale jej wielka pretensjonalność jest w rzeczywistości zakorzeniona w lękach, o których chwilowo zapomniała. Dlatego problem rozwiązania strachu ma dwa aspekty. Powinniśmy spróbować uwolnić się od strachu wszędzie tam, gdzie jest to możliwe do osiągnięcia. Następnie powinniśmy znaleźć zarówno odwagę jak i łaskę do konstruktywnego uporania się ze strachem, który pozostał. Próba zrozumienia naszych obaw i obaw innych jest tylko pierwszym krokiem. Ważniejszym pytaniem jest jak i gdzie stamtąd pójdziemy. Od początku AA obserwowałem jak tysiące moich kolegów stawało się coraz bardziej i bardziej zdolnych zrozumieć i przekroczyć ich strach. Te przykłady były niezawodną pomocą i inspiracją. Może więc niektóre z moich własnych doświadczeń ze strachem i podzielenie się nimi na zachętę może być właściwe. Jako dziecko miałem kilka dość ciężkich emocjonalnych wstrząsów. Były to głębokie zaburzenia w rodzinie; Byłem fizycznie dość niezręczny itd. Oczywiście inne dzieci mają podobne emocjonalne utrudnienia i wychodzą z nich bez szwanku. Ale ja nie wyszedłem. Widocznie byłem przewrażliwiony i później zbyt przestraszony. Tak czy inaczej, wypracowałem fobię, że nie byłem taki jak inni młodzi ludzie i nigdy nie mogłem się taki stać. Najpierw to wpędziło mnie w depresję a stamtąd w izolację. Ale te dziecięce nieszczęścia, wszystkie z nich wygenerowane przez strach, stały się tak nieznośne, że stałem się bardzo agresywny. Myśląc, że nie należy i obiecując sobie, że nigdy nie zgodzę się na status drugiej kategorii, czułem że po prostu muszę dominować we wszystkim, co decyduję się robić, w pracy czy w zabawie. Jak tylko ten atrakcyjny przepis na dobre życie zaczął się sprawdzać, zgodnie z moimi ówczesnymi wyobrażeniami o sukcesie, stawałem się nieprzytomnie szczęśliwy. Ale kiedy przedsięwzięcia czasem się nie udawały, byłem wypełniony przez urazy i depresję, które mogły być wyleczone tylko przez kolejny triumf. Bardzo wcześnie więc doszedłem do oceniania wszystkiego w kategoriach zwycięstwa lub porażki – wszystko albo nic. Jedyna satysfakcja jaką znałem to było zwycięstwo. To było moje fałszywe antidotum na strach i stawało się schematem, coraz głębiej wyrytym, który prześladował mnie przez lata szkoły, Pierwszej Wojny Światowej, gorączkowej pijackiej kariery na Wall Street, i w dół, do ostatniej godziny mojej kompletnej porażki. Ale w tym czasie niedoli nie było już stymulantu, a ja nie wiedziałem, czy bardziej boję się żyć czy umrzeć.O ile mój podstawowy schemat strachu jest bardzo często jeden, jest oczywiście wiele innych. Rzeczywiście, manifestacje strachu i problemy, które następują w ślad za nim są tak liczne i kompleksowe, że w tym krótkim artykule jest niemożliwe szczegółowo opisać nawet kilka z nich. Możemy tylko przyglądnąć się tym duchowym zasobom i zasadom, dzięki którym będziemy w stanie stanąć twarzą w twarz i uporać się ze strachem w każdym jego aspekcie. W moim własnym przypadku, kamieniem węgielnym wolności od strachu była taka wiara: wiara która mimo wszystkich ziemskich powodów zdających się temu zaprzeczać, pozwalała mi uwierzyć, że żyję we wszechświecie, który ma sens. Dla mnie, oznaczało to wiarę w Stwórcę, który jest całą mocą, sprawiedliwością i miłością; Bóg, który zaplanował dla mnie cel, sens i przeznaczył do wzrostu, jakkolwiek niewielkiego i hamowanego, na Jego podobieństwo i obraz. Przed nadejściem wiary żyłem jak obcy w kosmosie, który zbyt często wyglądał na wrogi i okrutny. W nim wtedy nie mogłem czuć się wewnętrznie bezpieczny. Dr Carl Jung , jeden z trzech twórców współczesnej psychologii głębi, miał głębokie przekonanie na temat tego wielkiego dylematu dzisiejszego świata. Parafrazując, oto co powiedział na ten temat: „Jakakolwiek osoba, która osiągnęła czterdzieści lat życia, i która ciągle nie ma możliwości zrozumienia kim jest, gdzie jest lub gdzie zmierza, nie może uniknąć stania się neurotykiem – w takim czy innym stopniu. Jest to prawdą bez względu na to, czy jego młodzieńcze popędy seksu, bezpieczeństwa materialnego i miejsca w społeczeństwie zostały zaspokojone czy nie.” Kiedy łagodny lekarz powiedział „staje się się neurotykiem” mógł równie dobrze powiedzieć „staje się drżąca ze strachu”. To właśnie dlatego my w AA kładziemy taki nacisk na potrzebę wiary w „Siłę Wyższą”, definiowaną tak jak możemy. Musimy znaleźć życie w świecie łaski i ducha, i jest to z pewnością nowy wymiar dla większości z nas. O dziwo, nasza wyprawa do tej sfery bytu nie jest zbyt trudna. Nasze świadome wejście do niej zwykle zaczyna się krótko po tym, jak tylko głęboko wyznamy naszą osobistą bezsilność do bycia samemu, i dokonamy naszego apelu do jakiegokolwiek Boga, który myślimy że jest – lub może być. Dar wiary i świadomość Siły Wyższej jest wynikiem. Ze wzrostem wiary rośnie wewnętrzne bezpieczeństwo. Ogromny podstawowy strach przed nicością zaczyna się zapadać. Dlatego my w AA przekonaliśmy się, że naszym podstawowym antidotum na strach jest duchowe przebudzenie. Tak się stało, że moje własne duchowe odczucia byłe elektryzująco nagłe i absolutnie przekonujące. Natychmiast stałem się częścią – tylko małą częścią – kosmosu, który był rządzony przez sprawiedliwość i miłość w osobie Boga. Bez względu na to, jakie były konsekwencje mojej własnej samowoli i ignorancji, lub moich współtowarzyszy w podróży na ziemi, to ciągle była prawda. Takie było nowe i pozytywne zapewnienie, i ono nigdy mnie nie opuściło. Dostałem wiedzę, przynajmniej na początku, czym może być nieobecność strachu. Oczywiście mój własny dar wiary nie jest zasadniczo różny od tych duchowych przebudzeń otrzymanych przez niezliczonych Aowców – było tylko bardziej gwałtowne. Ale nawet ten punkt odniesienia – choć był niezwykle ważny – oznaczał tylko moje wejście na tą długą ścieżkę prowadzącą od strachu, a ku miłości. Stare i głębokie ryciny lęku nie zostały natychmiast i trwale zatarte. Oczywiście pojawiają się ponownie i czasem są alarmujące. Jako odbiorca tak spektakularnego duchowego doświadczenia, nie byłem zaskoczony, że pierwsza faza mojego Aowskiego życia charakteryzowała się dużą dozą dumy k2i siły napędowej. Głód wpływu i aprobaty, pragnienie bycia liderem było wciąż bardzo mocno ze mną. Jeszcze lepiej, te zachowania mogły być teraz usprawiedliwione – wszystko w imię dobrej roboty! Na szczęście okazało się, że to raczej rażący etap mojej pretensjonalności, który utrzymywał się przez lata, i po której nastąpił ciąg nieszczęść. Moje wymagania aprobaty, które były oczywiście oparte na strachu, że mogę nie mieć tego wystarczająco dużo, zaczęły kolidować z tymi samymi cechami u moich kolegów z AA. Ich chęć ratowania Wspólnoty przede mną i moja ratowania jej przed nimi stała się absorbującym wszystkich zajęciem. To oczywiście zaowocowało gniewem, podejrzeniami i różnego rodzaju przerażającymi epizodami. W tej niezwykłej, a teraz raczej zabawnej epoce naszych poczynań, wielu z nas zaczęło grać Boga ponownie. Przez kilka lat siła napędzająca AA wprawiała w ruch dziką ekscytację. Ale z tej przerażającej sytuacji powstało Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji AA. Głównie były to zasady zaprojektowane w celu redukcji ego i w wyniku tego redukcji naszych strachów. Były to zasady, które mieliśmy nadzieję utrzymają nas w jedności i rosnącej miłości do siebie nawzajem i do Boga. Stopniowo stawaliśmy się zdolni akceptować grzechy innych kolegów tak samo, jak ich zalety. To był okres, w którym ukuliśmy silne i znaczące wyrażenie: „Pozwól nam zawsze kochać to co najlepsze w innych – i nigdy nie bać się tego co w nich najgorsze”. Po około dziesięciu latach prób pracowania tym rodzajem miłości i redukującymi ego właściwościami Kroków AA i Tradycji w życiu naszej społeczności, okropne obawy czy AA przetrwa po prostu zniknęły. Praktykowanie Dwunastu Kroków AA i Dwunastu Tradycji w naszych osobistych życiach także przyniosło niewiarygodne uwolnienie się od strachu każdego rodzaju, pomimo występowania poważnych problemów osobistych. Kiedy strach się pojawiał, wiedzieliśmy po co był i z Bożą łaską stawaliśmy się zdolni z nim mierzyć. Zaczęliśmy widzieć, że każda przeciwność jest daną przez Boga okazją do wypracowania takiego rodzaju odwagi, który rodzi się z pokory zamiast z brawury. W ten sposób mieliśmy możliwość zaakceptowania siebie, okoliczności i naszych kolegów. Z Bożą łaską przekonaliśmy się, że możemy nawet umrzeć z przyzwoitością, godnością i wiarą wiedząc, że to „Ojciec czyni dzieła”. My z AA żyjemy teraz w świecie charakteryzującym się takimi destrukcyjnymi lękami jak nigdy dotąd w historii. Ale widzimy w nim wielkie obszary wiary i ogromne dążenia do sprawiedliwości i braterstwa. Jednak żaden prorok nie może zakładać, powiedzieć czy los świata będzie płonącym zniszczeniem, czy początkiem, pod Boską intencją, najjaśniejszą erą znaną ludzkości. Jestem pewien, że my Aowcy dobrze rozumiemy tę scenę. W mikrokosmosie, doświadczyliśmy identycznego stanu przerażającej niepewności, każdy w swoim własnym życiu. W żadnym sensie z dumą, my Aowcy możemy powiedzieć, że nie, nie boimy się o los świata, bez względu na to jaki kurs obierze. Jest tak ponieważ możemy głęboko poczuć i powiedzieć „Zła się nie ulękniemy – Twoja wola, nie nasza, niech się stanie”.Często przytaczana, poniższa historia nie może być jed nak nigdy opowiedziana zbyt wiele razy. W dniu, kiedy oszałamiające nieszczęście Pearl Harbor spadło na nasz kraj, przyjaciel AA i jedna z najwspanialszych duchowych figur, jakie mogliśmy poznać, przechodził się ulicą St. Louis. Był to, oczywiście, nasz ukochany Ojciec Edward Dowling z Zakonu Jezuitów. Chociaż nie był alkoholikiem, był jednym z założycieli i głównym natchnieniem starających się o uznanie grup AA w mieście. Ponieważ wielka liczba jego zwykle trzeźwych przyjaciół chwyciła za butelki i w ten sposób próbowała wymazać implikacje katastrofy Pearl Harbor, Ojciec Ed zrozumiale ubolewał nad prawdopodobieństwem, że jego pielęgnowana grupa AA przejdzie do porządku dziennego nad taką sytuacją. W opinii Ojca Eda byłoby to w rzeczy samej pierwszej klasy nieszczęście. Wtedy członek AA, trzeźwy mniej niż rok, dołączył do Ojca Eda i zaangażowali się w porywającą konwersację – głównie o AA. Jak Ojciec Ed zauważył z ulgą, jego towarzysz był zupełnie trzeźwy. I nie padło ani jedno słowo o sprawach Pearl Harbor. Zastanawiając się z radością, dobry ojciec zapytał: „Jak to jest, że nie masz nic do powiedzenia o Pearl Harbor? Jak możesz funkcjonować po ciosie takim jak ten?” „Więc,” odpowiedział Aowiec, „jestem bardzo zaskoczony, że nie wiesz. Każdy z nas w AA miał swoje własne, prywatne Pearl Harbor. Więc, pytam, dlaczego my alkoholicy mielibyśmy załamać się tym konkretnym?”. Zobacz: Artykuły Grapevine Oryginał: Copyright © The A.A. Grapevine, Inc., January 1962 Źródło: http://www.silkworth.net/grapevine/matter_fear.html