Dla osób oraz rodzin zmagających się z uzależnieniem alkoholowym

3 wrz 2018

Mam na imię Albert...

Komentarze: 0

 

December 2, 2013

Mam na imię Albert, mam 53 lata i jestem alkoholikiem. To była złota, polska jesień, 1998 roku... Cieplutkie, słoneczne przedpołudnie, a z dala dochodziły odgłosy ludzkiej krzątaniny oraz radosny gwar dziecięcych popiskiwań z pobliskiej szkoły. Dwudziesty wiek zbliżał się ku końcowi, wszystko miało jakiś sens i swój porządek. Niestety mnie to nie dotyczyło, ja stałem w długim, ciemnym jak noc listopadowa tunelu i na moje nieszczęście nie było w nim odrobiny światła. Większość ludzi robiła coś rozsądnego ze swoim życiem, ja szukałem w ogóle motywacji by żyć... Tak, to już 15 lat minęło od czasu gdy trzęsąc się cały dopijałem salicyn na przykościelnej ścieżce. Nie miałem nadziei, pieniędzy, papierosów. Kazano mi się po raz kolejny wynosić z domu a ja nie wiedziałem dokąd pójść. Na karku Bank Alimentacyjny, wizyty wierzycieli, komorników, niespłacone pożyczki, niedotrzymane przysięgi, zobowiązania i obietnice. Na wacianych nogach szedłem po swoje kolejne, dyscyplinarne zwolnienie –paragraf 52 z artykułu Kodeksu Pracy- , mówiącym o spożywaniu alkoholu w miejscu pracy i konsekwencjach z tego wynikających. Na dobrą sprawę świadectwo nie było istotne, bardziej chodziło o pieczątkę zwolnienia przybijaną do dowodu osobistego. Mój Boże, która to już pieczątkach i który dowód…. Nastały czasy gdy praca nie czekała na każde gwizdnięcie, trzeba było ją zdobywać a później jeszcze utrzymać. Pomyślałem o ojcu, który mając 28 lat został znaleziony martwy ze sznurem na szyi. On dzień wcześniej też pił... Ja miałem 38 lat, zaś za sobą dwoje porzuconych synów, niezliczoną ilość zakładów pracy, wyroki sądowe, więzienia, bezdomność …. Nie miałem chęci żyć i siły aby się zabić. To było dno mojego dna i tylko Pan Bóg jeden wie jak to się stało, że poszukałem schronienia na „odwyku”. Nie jechałem się tam bynajmniej leczyć. Zabrałem ze sobą dres, buty sportowe, trzy talie kart, sporą ilość krzyżówek oraz szachy. Nie chciałem się po prostu tam nudzić. Miałem przecież spędzić aż osiem tygodni i potraktowałem to jak wypad do sanatorium lub wczasy. Pochodzę z miejscowości uzdrowiskowej i napatrzyłem się sporo na wczasowiczów czy kuracjuszy, może nawet za bardzo. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy z tego kim jestem i co mi dolega. Oczywiście miałem o sobie bardzo dobre zdanie a jedynym, moim problemem było to, że czasami zdarzało mi się „troszkę” więcej wypić. Wedle moich teorii życiowych świat wymagał gruntownej naprawy - ja, jedynie kosmetycznych liftingów... Z zażenowaniem wspominam swój ówczesny stan psycho-fizyczny i poziom intelektualnych, wewnętrznych monologów. Na „odwyku” nie było wczasów, tym bardziej sanatorium. Było to brutalne wręcz chirurgiczne zdarcie kilku powłok gębowych aby dotrzeć do własnej mordy. Jej widok nie był przyjemny zwłaszcza, że to inni korygowali mój sposób oglądania samego siebie. Jednak gdyby tylko o to szło to byłoby by pół biedy. Ci inni totalnie nie godzili się na mój sposób oceny przeszłości, widzenia teraźniejszości oraz poddawali w wątpliwość moje spojrzenie na przyszłość. Na terapii odbywały się obowiązkowo "dobrowolne" mityngi AA. Na pierwszym z mityngów pożarłem się z jednym nauczycielem w kwestii różnic zdań co do komunizmu i hitleryzmu, mało się nie pobiliśmy! Na drugim nie było już tak ostro ale na tyle wkurzająco, że postanowiłem, iż na przyszłotygodniowy mityng nie pójdę. Miałem dość tej całe bandy „psycholi” i ich spotkań. Jednak, ze strachu przed wyrzuceniem mnie z oddziału poszedłem na kolejny mityng. Pojawiły się pierwsze przymrozki, a mostów nie zdążono jeszcze oszklić więc gdzie miałbym koczować? Ponadto pojawił się cień szansy, że może będę mógł wrócić do domu w którym żyłem ostatni przeszło rok. W tym domu była ONA i bardzo mi na niej zależało.Trzeci mityng to było przysłowiowe uderzenie obuchem. Miałem już za sobą trzy tygodnie terapii i twarda, zapijaczona skorupa zaczęła trzeszczeć. Gdzieś z głębi mnie dochodziły głosy, których jeszcze dobrze nie słyszałem ani nie rozumiałem chociaż czułem, że nie są mi obojętne. Na tym mityngu zjawiło się dwóch gości z zewnątrz i jeden, ten starszy- od razu przypominał mi komornika, gdyż miał złoty sygnet oraz drogą, skórzaną teczkę, miał około 50 lat. Ten drugi, to taki misiaczek, grubasek z oczami liska chytruska. Pełna gęba, dwadzieścia kilo nadwagi i niegasnący uśmiech na twarzy. Obydwoje byli elegancko ubrani, pachnący. Rozwalili się na krzesłach i czekali… chyba na rozpoczęcie mityngu. Na sali dało odczuć się pewne podenerwowanie gdyż wizyta obcych burzyła pojęcie ustalonego wcześniej porządku. Z reguły był to występ jednego aktora ewentualnie dwa trzy monologi. Co inni myśleli o obcych - nie wiem, ja w każdym razie byłem zaniepokojony, bowiem sądziłem, że są to jacyś cwaniacy, wysłannicy mojego wroga numer jeden to jest kierownika oddziału odwykowego. Po otwarciu mityngu okazało się, że ci dwaj to alkoholicy, ale i tak mi nie pasowali i byłoby najlepiej jakby sobie poszli. Nie było chętnych do zabierania głosu, widać nikt nie miał radości ani problemów, no może po za jednym mną, który to zajmował się wyceną złotego sygnetu- wiadomo co było przelicznikiem. Przemówili obcy, jeden Heniek drugi młodszy Marek. Opowiadali o pijanym życiu o cierpieniu najbliższych i własnej udręce. Mówili o samotności i miłości, o marzeniach niespełnionych i winach popełnionych. Mówili o żalu z powodu niemożności zadośćuczynienia i o radości uratowanych dni, które im pozostały. Heniu, ten starszy cieszył się szczerze z tego, że był kiedyś na tym oddziale, młodszy Marek wtórował. Opowiadali o założonej grupie AA, o tym jak się wspierają, pomagają. Nie zapominali o problemach. Nazywali rzeczy po imieniu. Mówili o zdarzeniach, które dla nich były cudem zesłanym przez Boga... Byli spokojni, pogodni i wiarygodni. Byli UWOLNIENI.Gdy piszę te słowa spływa na mnie klimat tamtego spotkania. Ogarnia mnie to samo wzruszenie i pragnienie takiego życia o jakim oni mówili. Boże, jak ja tęskniłem do normalności! …”Panie pozwól mi chociaż dotknąć Twojej szaty…”. Tak wtedy uwierzyłem, że to jest możliwe. Potem nastąpiły dni wypełnione terapią i spotkaniami z AA. Już wtedy trafiła do mnie pierwsza literatura AA, a to jeszcze bardzie ugruntowało moje pragnienie zmian i życia w trzeźwości...Grupa moich – już - znajomych była oddalona 16 km od mojej wsi więc po wyjściu z oddziału udałem się tam na swój pierwszy „wolnościowy” mityng. Było około 12 do 14 osób, tam po raz pierwszy zobaczyłem i usłyszałem zjawę, która powiedziała mi o sobie, że nie pije 8 lat. To był kosmos. Wiedziałem, że dla AA nie mam alternatywy. Nie szukałem zresztą innych rozwiązań. Zobaczyłem i usłyszałem ludzi, którzy nie bali się otworzyć przede mną serca, ludzi którzy zadeklarowali gotowość wspierania mnie w mojej trzeźwości. Wspólnota AA nigdy mnie nie zawiodła to - raczej ja, nie zawsze dawałem z siebie tyle na ile to było możliwe. Na szczęście nigdy nie stałem z boku, nie mówiłem, że jestem jeszcze niegotowy, nie wykręcałem się brakiem czasu i ot, takie tam bzdety.Czasami było bardzo trudno a czasami płynąłem niesiony niczym piórko. Podjąłem się bardzo poważnych wyzwań życiowych. Do najważniejszych zaliczam: ożenienie się, naprawienie relacji z moją mamą oraz rodzeństwem, uzupełnienie wykształcenia, pospłacanie długów, resocjalizację zakończoną wykreśleniem z rejestrów sądowych mojej karalności, pracę społeczną na rzecz społeczności, w której mieszkałem. Od pierwszej świadomej chwili, kiedy zawierzyłem się Wspólnocie AA w sposób aktywny uczestniczyłem w niesieniu posłania innym alkoholikom. Robiłem to na różne sposoby, ale głównie chodzi o służbę. Ciągle coś robiłem i krzątałem się. Zawsze coś czytałem i prenumerowałem. W dobie internetu jest to łatwiejsze. Podaję te przykłady nie po to aby się chwalić, ale jako dowód rzeczowy jednej z aowskich maksym mówiących, że „wiara bez uczynków jest martwa”. W dalszym ciągu dbam o własną edukację i rozwój osobisty. W ostatnim czasie zaproponowano mi udział w mityngu spikerskim, pojechałem wioząc tam nowicjusza, na miejscu okazało się, że jeden z uczestników ma rok trzeźwości. Czy to nie piękne? Wiem jak bardzo dobrze wpłynął na mnie widok ludzi Feniksów co to podnieśli swoje życie z niebytu popiołu i odżyli na nowo. Ich odwaga w mówieniu o tym jaką drogę przebyli, jakie mają osiągnięcia i porażki pomagały mi przetrwać niejedną burzę. Wiem, gdzie byłem i im dalej jestem od tego miejsca tym bardziej doceniam własny wysiłek. Wydawałoby się, że pokonałem kosmiczną odległość i zapewne tak jest. Jest jednak i tak, że od powrotu w stare miejsca dzieli mnie grubość szkła z którego, będę sobie wlewał alkohol do gardła. W tym roku będąc w kwietniu w Carlsberg, poprosiłem o sponsora. Po prawie 14 latach i 6 miesiącach pobytu w Wspólnocie AA poznawałem Program AA. Dzisiaj wiem, że to była jedna z najważniejszych decyzji w moim trzeźwym życiu. Czym skutkuje napiszę innym razem. Dzisiaj dzień jest, pochmurny, deszczowy, a wiatr czasami przenika szparami okien. Przyzwyczaiłem się już do tego, to nie Polska, to Szkocja. Jednak ja śmiało mogę powiedzieć, że czuję się szczęśliwy i spełniony. Żona jest spokojna wie, że to nie od niej zależy czy ja się dzisiaj napiję. Wierzy -zapewne gorąco- w moją odpowiedzialność, a może wcale już o tym nie myśli… Na szczęście... Ps. Albert to moje imię jakie przybrałem idąc do bierzmowania w wieku 43 lat na cześć św. Alberta. Będąc bezdomnym a zarazem czynnym alkoholikiem często korzystałem ze schronisk imienia Brata Alberta. Lois Burnham to imię i nazwisko żony Billa W. Jestem przekonany, że gdyby nie ona to na Wspólnotę AA trzeba by długo jeszcze poczekać.

Najnowsze wpisy
  • „Pozdrawiam cię i dziękuję ci za to, że żyjesz”. Drogi Bill’u! Powyższe pozdrowienie wysłałeś do uczestników corocznego, uroczystego obiadu jaki organizowała grupa AA w Nowym Jorku, 10 października 1970 roku. Ten obiad wydawany był na cześć zbliżającej się 11-tego grudnia, Twojej 36 rocznicy trzeźwości. Ja wówczas miałem ukończone 10 lat i z radością dziecka śniłem swoją przyszłość. Ty byłeś 76-letnim, chorym człowiekiem. To z powodu rozedmy płuc po raz pierwszy nie byłeś w stanie, osobiście uczestniczyć w przyjęciu wydanym na cześć „ostatniego kieliszka”. Twoja, kochana żona Lois dostarczyła list do hotelu Hilton, gdzie 2200 gości zapoznało się z jego treścią. Jestem bardzo wzruszony tym tekstem i chyba najlepiej będzie jak sam przemówisz: “Moi drodzy przyjaciele, Ostatnio członek AA przysłał mi niezwykłe pozdrowienie, które chciałbym teraz wam przekazać. Powiedział mi, że to było starożytne Arabskie pozdrowienie. Chociaż nie mamy grupy arabskiej, pozdrowienie to oddaje to co czuję do każdego z was. Mówi ono: "Pozdrawiam cię i dziękuję ci za to, że żyjesz. " Ostatnio wiele myślę o wdzięczności dla naszej społeczności i dla niezliczonych błogosławieństw którymi obdarzył nas Bóg . Gdyby ktoś mnie zapytał które z tych błogosławieństw było najbardziej istotne dla rozwoju naszej wspólnoty i najważniejsze dla jej ciągłości, powiedziałbym: "Koncepcja anonimowości”.Anonimowość ma dwa atrybuty istotne dla naszego indywidualnego i zbiorowego przetrwania: atrybut duchowy i atrybut praktyczny. Na poziomie duchowym anonimowość wymaga największej dyscypliny na jaką nas stać; na poziomie praktycznym anonimowość zapewnia ochronę nowym członkom, szacunek i wsparcie zewnętrznego świata i ochronę przed tymi z nas którzy chcieliby użyć AA dla celów złych i egoistycznych. AA musi i będzie się zmieniać z upływem lat. Nie możemy i nie powinniśmy cofać zegara. Jednak głęboko wierzę, że zasada anonimowości musi pozostać naszym głównym i trwałym zabezpieczeniem. Jak długo będziemy akceptować naszą trzeźwość w duchu naszej tradycyjnej anonimowości, tak długo będziemy otrzymywać łaskę Bożą. A więc jeszcze raz - pozdrawiam was w tym duchu i ponownie dziękuję za wasze życie. Niech Bóg błogosławi nam wszystkim teraz i na wieki. Bill.” Cóż, Drogi Przyjacielu mogę Ci powiedzieć w wigilię Twoich 114 urodzin? Po tym co napisałeś trudno mi znaleźć słowa oddające moją wdzięczność. Powiem więc:  Pozdrawiam Cię i dziękuję Ci za to, że żyłeś i życia nie zmarnowałeś. Dziękuję Ci za to, że swoim życiem pomogłeś uratować idące w miliony istnień ludzkich. Dziękuję Ci za błogosławieństwo dla Wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Wspólnoty, która swoim istnieniem uratowała moje życie. Dziękuję za dar godności, która przywróciła mi człowieczeństwo. Na koniec dziękuję Ci za to, że pomogłeś odnaleźć mi Boga, tego samego dla wszystkich alkoholików. Tego wyobrażonego i niewyobrażonego ale zawsze kochającego i czekającego, na nas z otwartymi ramionami.
  • O abstynentach z alergią. Odbyłem dzisiaj rozmowę z dwojgiem znajomych. Tak po drodze, gdy wracałem ze sklepu by kupić… gaz do domu. W którymś momencie temat zjechał na alkohol i jego spożywanie. Znajomi wiedzą, że nie piję, ale doszły do nich słuchy, że to z powodu alkoholizmu. Potwierdziłem im to a zarazem powiedziałem, że jestem ozdrowiałym alkoholikiem. Bardzo się ucieszyli z tego, gdyż sądzili, że nie wolno mi pić. - Ależ tak! Wolno mi! Nie mam zakazu sądowego, a w ostatnich 16 latach żaden lekarz nie powiedział mi, że nie mogę pić chociaż każdy z nich wie, że jestem alkoholikiem. - Zaraz, zaoponował jeden. To jesteś alkoholikiem i możesz pić?  - No oczywiście! Potwierdziłem. - Ale mówiłeś, że jesteś zdrowy, że się wyleczyłeś. - Z czego się niby wyleczyłem? Dopytałem. - No z alkoholizmu, dopowiedział. -A to masz rację, wyleczyłem się z tego. - No to nie jesteś już alkoholikiem- nieśmiało odpowiedział pierwszy i nie wiedziałem czy to stwierdzał czy o to pytał. - Ja jestem alkoholikiem- doprecyzowałem.. - Nie zgrywaj się, trajlował drugi. Jesteś alkoholikiem, który wyleczył się z alkoholizmu?! Prawie wykrzyknął. - No to dlaczego nie pijesz? Dorzucił szybko pierwszy. - Nie piję bo mam alergię na alkohol, odpowiedziałem spokojnie. -Ale jaja, żachnął się drugi a pierwszy wstrząsnął tylko ramionami. Ni to ze zrozumienia mnie bądź kompana.. Jakoś tak się zamyślili, ale nie mogliśmy spotkać się oczami chociaż patrzyłem na ich twarze. - To znaczy –zaczął swoje pierwszy - , że gdyby nie alergia to byś pił? - Tak, oczywiście – potwierdziłem skwapliwie. - No, to wtedy byś był na pewno alkoholikiem! Krzyknął pierwszy i wgapiwszy swe oczy we mnie czuł zapewne, ze złapał mnie na kłamstwie. - Ależ nie! Zanegowałem energicznie. Nikt nie zostaje alkoholikiem nie mając alergii na alkohol. - W sumie jak ktoś nie pije to jest abstynent, jakby dla pogodzenia powiedział pierwszy. - Tak, abstynent z alergią. Jak ja – dopowiedziałem. Wybuchliśmy wszyscy śmiechem i każdy poszedł w swoją stronę. Z moimi znajomymi znam się od siedmiu lat. Razem pracujemy w jednej firmie. Są to osoby dobiegające pięćdziesiątki i nie mające problemu z używaniem alkoholu.
  • Teraz już wiesz, że nie musisz! Jakie wspaniałe uczucie zapewniliście mi, przez bez mała 14 lat jakie minęły od opuszczenia ośrodka terapii. Naprawdę!  Życie, że się nic nie musi a jedynie może, bo przecież mam wybór - wydawało mi się znakomitym symbolem wyzwolenia z okowów alkoholizmów. Za nic „trzeźwa” głowa nie mogła się doszukać analogii do pijanego życia, w którym też przecież nic nie musiałem i każdą uwagę na temat mojego picia traktowałem jako zamach na swą wolność. Przecież mam prawo, a w dodatku nic nie muszę! Teraz, kiedy przeszedłem na Program AA to widzę: 1. My, lekarze, musimy przyznać, że w odniesieniu do całościowego problemu postęp jest niewielki. 2. Pierwszy krok na drodze do zdrowienia, to dojście do stanu, kiedy musimy przede wszystkim upewnić się i przekonać samych siebie, że jesteśmy alkoholikami. 3. Musimy pozbyć się złudnej wiary, że jesteśmy tacy sami jak inni. 4. Postępowanie Jima musimy nazwać szaleństwem. 5. Musimy przyznać, że nasze uzasadnienia popijawy były zdumiewająco błahe w porównaniu z tym, co się potem zawsze zdarzało. 6. Musimy przyznać, że przykład naszego kawalarza dokładnie ilustruje chorobę alkoholową. 7. Po pierwsze musimy dojść do przekonania, że błędne jest opieranie życia na naszej własnej woli. 8. A więc my, alkoholicy musimy przede wszystkim wyzbyć się egoizmu.  9. Musimy tego dokonać za wszelką cenę, gdyż inaczej egoizm zabije nas. 10. Przede wszystkim musimy skończyć udawać Wszystkowiedzącego Boga. 11. Następnie musimy uznać, że w tym dramacie życiowym Bóg ma być odtąd naszym Drogowskazem 12. Zatem, jeśli chcemy żyć, musimy uwolnić się od uczucia gniewu. 13. Wszelako, niezależnie od tego, jakie będą nasze w tej dziedzinie ideały, musimy mieć dobrą wolę, aby do nich dorosnąć. 14. Zdaliśmy sobie sprawę, że musimy opanować uczucia urazy i złości. 15. Kiedy zatem tylko zauważyliśmy swoje wady wpisywaliśmy je na listę, którą stale musimy mieć przed oczyma. 16 . Musimy również być gotowi do zadośćuczynienia wyrządzonych krzywd, pod warunkiem wszakże, iż nie spowoduje to nowych krzywd.  17. Słowem musimy traktować życie seksualne jak każdą inną sferę naszego życia. 18. Jeśli chcemy żyć długo i szczęśliwie musimy być w pełni uczciwi przynajmniej wobec jednej osoby. 19. Musimy mieć się na baczności wobec osób, których nie lubimy. 20. Za wszelką cenę musimy pozbyć się obawy przed naszymi wierzycielami. 21. Może się to wiązać z utratą naszego stanowiska czy reputacji, możemy nawet ryzykować więzieniem, ale kierujemy się dobrą wolą. Musimy ją mieć. 22. Za wszelką cenę musimy jakoś wybrnąć z tej sytuacji. Czy mamy powiedzieć żonie o naszej przygodzie, gdy jesteśmy pewni, że o niczym się dotąd nie dowiedziała? 23. Musimy jednak pamiętać, że w takich przypadkach mamy zawsze do czynienia z najokropniejszym ludzkim uczuciem – zazdrością. 24. Musimy wykazać się inicjatywą. 25. Musimy razem z najbliższymi szczerze przeanalizować przeszłość z obecnego punktu widzenia, starając się nie krytykować nikogo. 26. Życie duchowe to nie teoria. MUSIMY NIM ŻYĆ. 27. Musimy pamiętać, że przez dziesięć czy dwadzieścia lat naszego pijaństwa każdy miał prawo stać się sceptyczny wobec nas. 28. Musimy jednak zawsze iść do przodu, to zaś oznacza konieczność nowego działania. 29. Musimy w ten sposób konsekwentnie postępować! 30. Doszliśmy do przekonania, że według Boskiego życzenia będąc myślami wysoko razem z Nim, jednocześnie musimy mocno stąpać po ziemi. 31. My, alkoholicy, widzimy, że musimy działać razem i trzymać się razem, w przeciwnym wypadku większość z nas w końcu umrze samotnie. 32. Musimy zawsze zachowywać osobistą anonimowość wobec prasy, radia i filmu. *************************************************************************** 1. Nie musimy tłumaczyć się z naszej wiary w Boga. 2. Wobec niektórych ludzi nie musimy, ani też nie powinniśmy (przy pierwszym spotkaniu) podkreślać naszego duchowego przeobrażenia. 3. Już nie musimy walczyć z piciem, ani też bronić się przed pokusami. Pozdrawiam, wasz były pacjent.