Dla osób oraz rodzin zmagających się z uzależnieniem alkoholowym

4 wrz 2018

Oczywista oczywistość. Tropami "Wielkiej Księgi"

Komentarze: 0

 

W Wielkiej Księdze jest wiele zwrotów, które wydają się oczywistą oczywistością tylko, że gdy przyjdzie to przełożyć na działanie to zaczynają być z tym problemy. Nawet jeżeli nie są one udziałem wszystkich to śmiem twierdzić, że większości osób uzależnionych, bo nie tylko o alkoholików gra idzie. Krytycy moich rozważań podnoszą larum, że chcę coś zmieniać, opiniować czy Bóg jeden wie co jeszcze. A ja? Ja po prostu chcę być jak najbliżej zrozumienia fenomenu jakim stał się fakt, że taki człowiek jak ja doznał tak cudownego odrodzenia. Jestem w stu procentach przekonany, że zawdzięczam to Programowi AA, podanemu nawet w tak kadłubowej postaci jak to czyniono na terapii. Później lata całe poświęcałem na czytanie literatury i chociaż czułem ten wspólnotowy klimat to ni jak nie mogłem ogarnąć tajemnej siły działającej w 12 Krokach. Dzisiaj wiem, że dostałem dodatkowy bonus. Pierwszy to gdy obsesja picia zniknęła po pierwszym spotkaniu trzeźwych alkoholików na oddziale leczenia uzależnień. To wtedy ogarnęło mnie bardzo głębokie pragnienie doświadczenia tego o czym ci ludzie mówili. Chcę powiedzieć, że wówczas nic z literatury AA nie czytałem a o AA mówiłem „banda sekciarzy” czy jeszcze gorzej. Wpadłem wówczas w stan głębokiej melancholii związanej z świadomością, że o to moje życie leży w gruzach. Pierwszy raz zdałem sobie sprawę, że niczego w życiu nie osiągnąłem a ponadto jestem sprawcą cierpień jakie zadałem sobie i wielu ludziom włącznie z tymi, których kochałem i którzy kochali mnie. Ta moja melancholia trwała około trzy dni i jej działanie ulegało zmianie. Zaczęło się od wielkiego przygnębienia i dramatycznie głębokiego żalu. Nie miało to nic wspólnego z litością nad samym sobą! Był to wewnętrzny płacz dorosłego człowieka, który miał osobowość zagubionego dziecka. Człowieka, który dostając łaskę życia wyrzucił instrukcję jego obsługi. To co z nim wyprawiłem było powodem mojej głębokiej zgryzoty. W którymś momencie miałem nawet ochotę opuścić szpital, bowiem czułem, że już nic więcej się mi tam nie przydarzy. I tak też było- nic się więcej nie zdarzyło. Jednak pozostałem. Ostatnie tygodnie odbyłem tylko na zasadzie, że początkiem moich zmian musi być samodyscyplina. Wiedziałem, że dalszy pobyt w szpitalu jest potrzebny też mojej partnerce a obecnie żonie. Tutaj gra szła o wiarygodność własną i wobec niej.

Tak jak wyżej napisałem stan mojej melancholii był zmienny i kierował mnie ku ROZWIĄZANIU. Proszę mi uwierzyć, że ja wówczas nic a nic nie wiedziałem o Kroku Czwartym ale poczułem, wstępującego we mnie Ducha, który czynił moje ROZWIĄZANIE klarownym i realnym. Wtedy także miałem wielkie pragnienie przeproszenia wszystkich osób chociaż nic jeszcze nie wiedziałem o zadośćuczynieniu. Mówię o takim jaki jest w Programie AA a nie takim werbalnym odczytywanym w tysiącach sal mityngowych. Dopiero po latach dowiedziałem się, że nie byłem pierwszy. A tak naprawdę dowiedziałem się o tym niespełna dwa lata temu kiedy już z inną świadomością siadałem do literatury AA. A kto był pierwszy w AA? Pierwszym był dr. Bob. Czy pamiętacie to, jak po ostatniej popijawie był przez trzy dni reanimowany przez Billa i Anne – jego żonę? Dr. Bob wrócił z ostatniej, koszmarnej popijawy, którą urządził sobie jadąc na konferencję’/ sympozjum lekarskie. Po pięciu dniach konduktor wyrzucił go na wpółprzytomnego z pociągu na stacji Akron i ten bojąc się reakcji żony zadzwonił po swoją współpracownicę pielęgniarkę. Ta troszkę doprowadziła go do życia ale i tak został przywieziony do domu w stanie beznadziejnym. Warto tutaj nadmienić, że sytuacja dra. Boba była opłakana. Miał długi, niepewną pozycję w pracy i żonę, której zaczęła grozić depresja. Na dodatek dr. Bob miał za trzy dni wykonać operację chirurgiczną swojemu pacjentowi. Pacjent musiał być tego dnia na stole operacyjnym. Billowi i Anne udało się rozdygotanego i rozbitego dra. Boba doprowadzić do takiego stanu, że wykonał tę operację. Kiedy wyszedł ze szpitala wsiadł za kierownicę samochodu, w którym siedzieli czekający Anne z Bilem i odwiózł ich do domu. Następnie nikomu nic nie mówiąc odjechał. Dopiero później okazało się, że jeździł od domu do domu i przepraszał wszystkich, którym jego picie sprawiło ból lub było przyczyną różnych zdarzeń.

Taki też stan był u mnie. U Boba było to w 1934 roku u mnie w 1998 a więc 59 lat później. Jak się później dowiedziałem działanie dra Boba nie było przypadkowe, bowiem jako członek Grup Oksfordzkich wiedział o takich założeniach programu jakie te Grupy miały. Ja nic nie wiedziałem o tym ale miałem wielką potrzebę takiej postawy i co najważniejsze taką postawę przyjąłem od wyjścia ze szpitala. Niestety brakło mi determinacji w działaniu, gdyż poza kilkoma przypadkami przeprosin utknąłem w miejscu. Nastąpiło to z różnych przyczyn ale wystarczyło abym zaniechał tych ważnych i potrzebnych działań. Jedną z takich przyczyn było to, że nie znałem Programu AA i nie rozumiałem jego duchowej głębi. Dopiero czternaście lat później doświadczyłem tego pochylając się nad arkuszami do 4K i mając za przewodnika duchowego człowieka, który wcześniej był doświadczył łaski wejścia do Wspólnoty Ducha.

Przez ostatnie miesiące zagłębiałem się w szukanie odpowiedzi jak to się stało, że pomimo iż nie „przerobiłem” Programu AA to był on w dużej mierze obecny w moim życiu. Nie mam żadnych wątpliwości, że tak było, bo wiem jakim człowiekiem byłem w tym czasie, co robiłem i jak się czułem. Myślę, że pierwszą sprawą było to, że przez pierwsze 5 lat oddawałem się medytacji czytając przedtem coś w wymiarze duchowym. Były to min. „24 Godziny”, „Dzień po Dniu”, „Refleksje”, aż wreszcie publikacje książkowe poświęcone duchowości, medytacji czy sprawom egzystencji. Wielką ulgą było dla mnie to, że nareszcie nie muszę robić za Pana Boga. Zdałem sobie sprawę, że wtedy zwalniam się z odpowiedzialności za losy świata i mam więcej czasu na to aby chociaż drzewo przygotować na zimę. W moim pokręconym umyśle coraz częściej zaczęły pojawiać się takie kosmiczne zjawiska jak świat wartości oraz uczucia i emocje. Chcę nadmienić, że kiedy terapeutka zapytała mnie na grupie zadaniowej jaka jest hierarchia wartości, którymi się kieruję to zbaraniałem bo nie wiedziałem o co jej chodzi. Pamiętam to dokładnie do dzisiaj bo to wówczas ją bardzo za to znienawidziłem. Pomyślałem sobie: „Czego się ona mnie czepia?” Ja naprawdę miałem problem z zdefiniowaniem pojęcia wartości w życiu i to jeszcze w połączeniu z ich hierarchizowaniem. Byłem wtedy jak to określa WK: „emocjonalnym dzieckiem”. Kiedy zobaczyła, że nic ze mnie nie wyciągnie zadała podobne pytania innym uczestnikom grupy, którzy z mniejszym lub większym trudem o tym się wypowiedzieli. Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że kiedy w Wielkiej Księdze jest mowa o uczuciach np.: „egoizmu, nieuczciwości, urazów, złości oraz strachu, uczucia ulgi i uspokojenia, uczucia niesmaku, uczucia miłości czy uwielbienia, ” to nie ma tam definicji znaczeń tych uczuć. Za to jest postawione pytanie: „Czy te rzeczy nie były tkanką, z której uformowane zostało nasze życie? Czy uczucia te, mimo wszystko, nie decydowały o naszej egzystencji?” By stwierdzić w jednym miejscu: „Kiedy nosimy w sobie te uczucia, zamykamy się przed światłością ducha.”

Rozumiecie? „…Zamykamy się przed światłością ducha”

A przecież w Wielkiej Księdze jest też mowa o emocjach. Na przykład o: „psychopatach, którzy są emocjonalnie niezrównoważeni, emocjonalnej przemianie, emocjonalnym i duchowym przestawieniu się na inne tory, idei (…) i nastawieniu” a także o tym, że: „nie potrafiliśmy kontrolować emocji”, że „cierpienie wypływa z głębokich zaburzeń emocjonalnych lub umysłowych”, iż będziemy: „potykać się z powodu emocji - rozdrażnienia, zranionych uczuć, złości i życiowych urazów”. WK mówi, że należy: „opanować emocje”. Zapewniam jest tego więcej, że nie wspomnę o moralności w rozumieniu co do zasad ale i cierpień.

Bardzo ważny był dla mnie fakt, że mogłem drugi raz napisać historię mojego życia w kontekście obecności w nim alkoholu. Nie podoba mi się określenie „piciorys” gdyż jest dla mnie urągające w swej wymowie. Ponadto nie oddaje istoty rzeczy. Oczywiście ten życiorys jest wstępem do pracy w ramach Czwartego Kroku. Zanim zacząłem pisać tę pracę, w rozmowie ze sponsorem dowiedziałem się jak będzie przebiegać ta praca. Otrzymałem wzór czterech list:

1. URAZY  2. OBAWY  3. ZACHOWANIA SEKSUALNE  4. KRZYWDY WOBEC INNYCH

Listy otrzymałem w języku angielskim i były takie same na jakich pracowali mój sponsor, pra-sponsor i jego sponsor. Ich kolejność nie była już przypadkowa, bo wynikała z kolejności poruszanych tematów w WK. Więc, tak jak uprzednio pisałem, usiadłem nad białą kartką papieru tak na dobrą sprawę nie wiedząc od czego zacząć. Przeczytałem nakazane fragmenty z WK i 12/12 porozmawialiśmy o tym ze sponsorem. Okazało się bowiem, że „zrobienie” list uraz zamieniłem w listę… pretensji. Tak, tak! Na szczęście bardzo szybko się zreflektowałem, że coś mi tutaj nie gra. Rozmowy ze sponsorem unaoczniły mi, że nie rozumiem tego i dopiero jego cierpliwe wyjaśnienia podparte przykładami przywróciło właściwe podejście w temacie. Zastanawiam się teraz, iluż to z was tak miało i iluż to z was tak prowadziło i prowadzi podopiecznych. Do iluż to ludzi ja miałem pretensje. Po pierwsze zauważyłem, że znowu skupiłem się na sobie i przeżywaniu starych spraw. Jednak ważniejszym dla mnie odkryciem było to, że moje pretensje nie są tym, o co tak naprawdę chodzi w tym kroku. Lista uraz to lista… uraz spowodowanych przez zdarzenia jakie miały miejsce w przeszłości. A więc pretensje to nie urazy. Urazy powstają na skutek tychże i nie tylko tychże. Nie chcę aby wyszło masło maślane dlatego muszę określeniu „URAZA” poświęcić więcej miejsca. Po pierwsze nigdzie w Wielkiej Księdze ani 12/12 nie ma czegoś na kształt listy pretensji ani mowy o pretensjach. Jedynie w rozdziale „Do żon” i „Wizja rodziny przeobrażone” jest mowa o pretensjach ale nie w takim znaczeniu jak jest mowa w Kroku Czwartym. Cdn.

Najnowsze wpisy
  • To oczywiste, że życie z głęboką urazą i złością prowadzi, nieuchronnie do poczucia pustki wewnętrznej i nieszczęścia." WK str. 57 Tak jak wspominałem poprzednio chciałbym się dłużej zatrzymać na pojęciu „URAZ/URAZA”. W słowniku języka polskiego występuje wiele synonimów czy bliskoznacznych określeń dla tego pojęcia. Oto one: „animozja, ansa, anse, ansy, antypatia, awersja, cierń, gorycz, niechęć, nieprzychylność, obraza, obrażenie się, obrzydzenie, odraza, pretensja, przygana, rana, rankor, resentyment, rozgoryczenie, rozżalenie, trauma, uczucie gniewu, wstręt, wymówka, wyrzut, zadra, zadrażnienie, zarzut, zatarg, złość, żal, żal o coś,” (Źródło: http://synonim.net/synonim/uraza). Podałem je po to aby ukazać całą prostotę jednego określenia przy czym nie gubimy jego głębi znaczenia. Tak więc kiedy rozpocząłem moją inwenturę – od listy uraz- to od razu przypomniały mi się wszystkie grzechy matki, ojca potem dalszych krewnych by następnie ruszyć w kierunku znajomych oraz instytucji. Odżyły stare wspomnienia i obudziły się uczucia. Żalu, goryczy, wykorzystania a za tym zaraz ruszyła złość momentami zamieniająca się w gniew do tych osób czy instytucji. Jak wspominałem robiłem inwenturę z życia a nie okresu picia. Mój mózg bardzo skrzętnie zanotował tych wszystkich niegodziwców, którzy robili mi „pod górkę”. Momentami, przy niektórych nazwach czy nazwiskach byłem wspaniałomyślny i „machnąłem na to ręką” w duchu ich rozumiejąc a przy okazji wspaniałomyślnie „odpuszczając” winy przez nich popełnione. Były jednak i takie sytuacje, kiedy byłem nieprzejednany bo moja krzywda była zbyt duża a niegodziwiec potworny nie zasługiwał na akt łaski. Kiedy zabrałem się za robienie drugiej listy to jest -listy obaw- to znalazły się na niej 42 pozycje! Byłem tym faktem skonfundowany, była to lista rzeczywistych a nie urojonych obaw. Niektóre były na ten czas uśpione ale wcześniej bardzo żywe i o dużym ciężarze gatunkowym. Robiłem te listę w pewnym porządku chronologicznym zaczynając od wczesnego dzieciństwa a kończąc na współczesności. Muszę tutaj podać ważną dla mnie wiadomość. Pisząc listy Kroku Czwartego sięgałem do spraw, które w jakiejś części były pozamykane a nawet „przepracowane”. Czternaście lat abstynencji to długi szmat czasu i w tym czasie wydarzyły się różne ważne sprawy. Jako ciekawostkę przytoczę fragment mojego listu do jednego z forum, gdzie dzieliłem się „doświadczeniem” na temat… Czwartego Kroku. List ten napisałem na dwa miesiące przed wejściem w Program AA. O to fragmenty: „W moim przypadku praca nad Krokiem 4 była podzielona na dwie części. Żadnej z nich nie przerabiałem ze sponsorem z AA. Tak się złożyło, że w jakiejś części Krok 4 został przerobiony podczas 8- tygodniowej terapii stacjonarnej na Oddziale Leczenia Uzależnień. Nie miałem wtedy nawet świadomości, że jestem w Kroku Czwartym. Później podczas uczestnictwa w Programie AA widziałem, że to co zrobiłem na terapii to jedno a co powinienem zrobić to drugie. Nie miałem sponsora i kręciłem się w kółko. Doganiały mnie różne sprawy i koszmary z pijanej przeszłości. Stosowałem wówczas metodę „upychania”. Tak jak do szafy, najlepiej pod spód i to w najciemniejszy i najodleglejszy zakamarek. Na szczęście na mojej drodze było PRO (Program Rozwoju Osobistego w 2001 roku)… Pojechałem do Warszawy z moimi już wydawało mi się poukładanymi problemami, kiedy to okazało się, że trzeba było wpuścić trochę światła do tej mojej szafy i pozwolić innym przyjrzeć się też… Była to niesamowicie głęboka penetracja mojego życia oraz odkrycie nowych obszarów, które wymagały całkowitej rekonstrukcji. Jestem półsierotą. Raz dzieckiem Wyrzutkiem (Kozioł Ofiarny), bitym i poniżanym. Drugi raz Maskotką czyli Błaznem, ot taki którego nikt poważnie nie traktuje. Odziedziczyłem wszelkie systemy jakie wynoszą DDA. Stałem się alkoholikiem z marszu. Piłem od razu do upicia się. Nieważne czy potrzebowałem do tego litra wódki czy pół wina.  Muszę powiedzieć że realizacja/ przerabianie tego kroku trwało jeszcze około 3 lat i odbywało to się też na zasadzie sponsoringu tyle, że moimi sponsorami nie były indywidualne osoby z AA, które o to prosiłem. Może to brzmi dziwnie ale tak było. W tym okresie czasu przechodziłem ewolucję religijną, duchową i budowałem swoją nową tożsamość. Uczyłem się odpowiedzialności, brałem na siebie służby w AA, uzupełniałem wykształcenie, udzielałem się społecznie, wracałem do realizacji pragnień z przepitej młodości. Przechodziłem kryzysy rodzinne i nieustannie byłem w kontakcie z AA oraz profesjonalistami. Być w kontakcie z AA oznaczało dla mnie też i to, że w szczególny sposób zwracałem uwagę na ludzi z AA, którzy będąc we Wspólnocie osiągnęli podobne do mojego dno. Wyszli z tego, tworząc/ odkrywając przy okazji swoją nową uczłowieczoną, nową tożsamość. W Kroku Czwartym najważniejszą rzeczą było dla mnie to, że przyjąłem w pełni odpowiedzialność za swoje postępki w pijanym życiu. Przyjąłem tę odpowiedzialność na zasadzie zrozumienia czym jest moja choroba i co się przez to stało z moim życiem. Te sprawy zacząłem wreszcie nazywać po imieniu oraz nie „mieszać kolorów”. Białe to białe; czarne to czarne. Zło i dobro. Po odkryciu tajemnicy mojego nieszczęścia jakim był czynny alkoholizm odkryłem równocześnie antidotum. Ono zadziałało i upływający czas potwierdza, że kierunek jest właściwy. Krok czwarty unaocznił mi bardzo wyraźnie, że przyjrzenie się przeszłości jest bardzo ważne i potrzebne. Przeżycie bólu przyglądania się, cierpienie tym spowodowane było łagodzone też i tym, że zobaczyłem siebie. Małego chłopca, potem młodzieńca, który w sposób niesamowicie okrutny doznał wielu okaleczeń i sam będąc jedenastolatkiem próbował targnąć się na swoje życie. Dzięki Czwartemu Krokowi zaopiekowałem się tym chłopcem, okazałem ciepło i zapłakałem. Były to moje pierwsze w życiu łzy szczęścia.” A więc takie było moje rozumienie Kroku Czwartego i wolę zostawić to bez komentarza. Ukończywszy listę obaw niezwłocznie zabrałem się do inwentury seksu czy prościej listy seksu. Znów trzeba było pogrzebać w pamięci a następnie wpisać (w kolumnie 1) osobę poszkodowaną. Potem konkretny uczynek (kolumna 2) czy raczej przewinienie jakiego się dopuściłem. Kiedy to było jasne zaczynałem rozpisywać (kolumna 3) która z części mojego JA została urażona. Innymi słowy czy i jak krzywda wyrządzona wróciła do mnie. Co to powodowało u mnie. Ta kolumna 3 była podzielona na 4 segmenty te zaś, jeszcze na mniejsze tak, że w sumie dawało to 7 kolumienek. Segmenty i kolumienki były już opisane, ja tylko wstawiałem znak „X” jeżeli, któryś z opisów pasował do mojej sytuacji. Potem (kolumna 4) wymagała uzupełnienia o to jakie błędy popełniłem i co wówczas powinienem uczynić. Kolumna 5 była zostawiona i czekała na czas kiedy wszystkie listy będą gotowe. Wszystkie listy miały ten sam wzór. Można je zobaczyć w plikowni. No i na koniec została lista krzywd jakie wyrządziłem innym ludziom czy instytucjom. Była to długa lista i kiedy ją pisałem to miałem coraz większy balast w sercu i na barkach. Moje pretensje, urazy, obawy wszystko to razem wzięte nabrało innego wymiaru gdy tylko skończyłem tę listę. Nie byłem już tak hardy i nieprzejednany. Mało tego, patrzyłem na to z pewnym niedowierzaniem, że aż takim s…synem byłem! Jednak stare we mnie brało czasami górę i ze złością (w myślach) wyrzucałem, że cierpiałem jeszcze bardziej i w sumie gdyby to zważyć to więcej we mnie ofiary niż oprawcy. To chandryczenie się samego ze sobą było tak naprawdę groźne i mogło spowodować bardzo przykre konsekwencje. Nie zauważałem, że tutaj nie chodzi o przeciwstawianie czegoś czemuśkolwiek a „tylko” o zrobienie głębokiego wejścia w sfery dotąd pozamykane. Należało te sprawy wyciągnąć i przyjrzeć się im, gdyż być może są przyczyną wielu moich dotychczasowych kłopotów a co gorsza złego, długotrwale samopoczucia zanim wszedłem w Program AA. Zaczęła, też niepokoić mnie ta pusta piąta kolumna w każdej liście. Sponsor powiedział, że ona będzie nam potrzebna do przejścia przez Krok Piąty. Uzgodniliśmy termin realizacji tego Kroku i sponsor przyjechał do mnie do Szkocji. Była ku temu podwójna okazja, gdyż okazało się, że jego sponsor w tych dniach będzie przebywał w Edynburgu a więc będziemy mogli się spotkać we trójkę a nawet we czwórkę, gdyż moja żona rada była jechać ze mną. Mój sponsor i pra-sponsor mieszkają (w Anglii) ode mnie w odległości 400 km i takie spotkanie było nie lada dla mnie gratka. Muszę tutaj powiedzieć, że sponsor był obecny na każdym etapie moich zmagań z pisaniem list jednak ani razu nie zapytał kogo lub co wpisałem na listę. To bardziej ja mając obiekcję co do niektórych spraw konsultowałem to z nim a on zawsze służył swoją pomocą. Jego otwartość a zarazem dyspozycyjność była dużym plusem. Ja czułem to i wiedziałem, że on jest bardzo zaangażowany w to co robi. Czułem jego przygotowanie się do spotkań ze mną. Nie specjalnie ze mną ale ze swoim podopiecznym. Wielka Księga oraz 12/12 zawsze były obecne na spotkaniu.  Pomimo, że miałem do niego pełne zaufanie bardzo się denerwowałem przed Krokiem Piątym. Coraz bardziej myślałem o tym aby listy przepisać po to by niektóre wstydliwe sprawy usunąć. Stare myślenie do końca walczyło i podpowiadało całkiem sensownie, że przecież…. Ja też, kiedy spoglądałem na te listy, no to, po za tą, gdzie umieściłem urazy do innych osób wszystkie w jakimś stopniu mnie deprecjonowały. Okazywało się, że jestem jakimś tam zalęknionym facetem, rozmemłanym w środku, tchórzliwym ale za to bezczelnym i aroganckim typem. Moje obawy bardziej wynikały z moich fobii oraz lęku, że moje prawdziwe „JA” jest nic nie warte. Po liście seksu byłem prawie znokautowany, tak więc lista krzywd jakie wyrządziłem to ostatnie odliczanie. Na domiar złego, chwilę przed wejściem w Program AA byłem u spowiedzi świętej. Długo trwała ta spowiedź i przebiegała niekonwencjonalnie Pierwsza część trwała około dwóch godzin i odbyła się w ogrodzie, gdzie mogłem ze spowiednikiem spacerować czy przysiąść na ławce. Następnie – po przerwie dwugodzinnej - odbyła się druga część w kaplicy i trwała około godziny. Tam otrzymałem rozgrzeszenie oraz pokutę. Po spowiedzi byłem bardzo pogodny i spokojny. Bez patrzenia na listy wiedziałem, że na spowiedzi znalazło się kilka spraw z list ale były tak przedstawione, zracjonalizowane, że w sumie niewiele miały wspólnego z prawdą. Czyżbym kłamał? Ściemniał? Ale kiedy? Czy spowiadając się czy teraz pisząc te listy? Trzeba było jeszcze trochę czasu abym zrozumiał, że wyspowiadałem się uczciwie (na swój sposób) z tego co wówczas pamiętałem. Jednak w mojej spowiedzi nie musiałem poruszać spraw, które nie ocierały się według mnie o grzech lub gdy zdarzyły się o wiele wcześniej i objęła je poprzednia spowiedź. Sprytne, nie? W Kroku Czwartym zobaczyłem maszkarę, gdyż tak te listy były skonstruowane, że miejsca na okoliczności łagodzące w nich brak. Od tego są następne Kroki. I one pokazały mi to o czym trudno było mi sobie wyobrazić będąc w tak podłym nastroju.  Było jeszcze coś. Zaczynałem rozumieć inaczej pojęcie „alergia na alkohol”. W tych moich tabelach coraz bardziej widziałem, że ja reagowałem alergicznie na prawie wszystkie sprawy, problemy życiowe. Co to znaczy? Znaczy to tyle, że jeżeli biologia mojego ciała miała alergię na alkohol- bo organizm reagował nienormalnie, łaknąc jego jeszcze więcej - to tym samym mój umysł jest tez alergiczny, bo to łaknienie usprawiedliwiał. Czy musiałem to odkrywać? Widać musiałem skoro ni jak nie widziałem tego, co napisano w Wielkiej Księdze: „Organizm alkoholika odbiega od normy, zarówno pod względem fizycznym jak i psychicznym.” (WK 21). Wobec takiego rozumienia coraz jaśniej lgnąłem do Siły Wyższej bo bardzo chciałem od tych moich przypadłości się wyleczyć. Im bliżej byłem mojego Boga tym bardziej czułem się spokojniejszy. Cdn.
  • Krok Piąty: Wyznaliśmy Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istotę naszych błędów Kiedy przyjechał do mnie sponsor zapakowałem wszystkie swoje „wypracowania” z Kroku Czwartego i ruszyliśmy w pobliskie góry. Było wspaniałe, ciepłe lato a szkockie góry wyściełane różnobarwnym aksamitem wydawały się bajecznie piękne. Byłem lekko stremowany ale ogólnie stan mój był dobry. Zastanawiałem się nad paroma aspektami zawartymi w „wypracowaniu” zwłaszcza w Liście Uraz. Tam były takie pozycje, które ewidentnie wskazywały na to, że moje urazy są uzasadnione. Dotyczyły one czasu mojego dzieciństwa i uważałem, że w rubryce co mogłem (powinienem) wówczas zrobić (uczynić) a nie zrobiłem nie musiałem niczego wpisać. Wszystko co na tamten czas zrobiłem było dobre ewentualnie neutralne. Jako dziecko kilku czy nawet kilkunastoletnie byłem narażony na krzywdzące działania osób dorosłych i to one są w 100% odpowiedzialne i jakakolwiek sugestia, że ja coś mogłem a zwłaszcza powinienem uczynić denerwowała mnie. A priori założyłem, że tutaj sponsor mnie nie przekona. Było jeszcze parę innych niuansów na innych listach ale one nie stanowiły większego problemu. Uśmiecham się sam do siebie gdy to piszę ale ja naprawdę idąc na swoją Górę Przemienienia tak to wszystko widziałem i wiedziałem, jak opisuję. Zresztą po co iść na Górę Przemienienia będąc już przemienionym? Dzwoniło mi też w uszach: „Wyznaliśmy Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istotę naszych błędów.” Czyż prawie nie od zawsze próbowałem poznać istotę - przyczyny moich klęsk i niepowodzeń w dotychczasowym życiu? Ileż to razy głowiłem się nad swoją słabą wolą i ile to razy oskarżałem się o sprzeniewierzenie się danym wcześniej obietnicom czy nawet przysięgom. Przecież doznałem niesamowicie upadłego życia i miliony bym dał aby ktoś mi powiedział dlaczego czynię to czego tak bardzo nienawidzę czynić („Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę.” z Listu świętego Pawła Apostoła do Rzymian (Rz 7, 14-25). Tyle razy obiecywałem sobie, że już się to nie powtórzy i po co to obiecywałem, skoro stawałem się jeszcze gorszy? Obiecywałem sobie, że już więcej nie będę tak czynił! Jak czynił? ŹLE! Nie będę czynił zła, źle czy złego! W Kroku Piątym tworzy się trio, w którym ja występuję w roli głównego „bohatera” a Bóg i drugi człowiek są świadkami mojego wyznania. Nie będę wyjaśniał, teraz dlaczego to nasi Pionierzy tak ujęli tę kwestię ale -nawet- już bez ich opisywania widzę niesamowicie pozytywne konsekwencje takiej postawy. Podstawową wartością było to co napisałem na zakończenie poprzedniego rozważania: „Im bliżej byłem mojego Boga tym bardziej czułem się spokojniejszy” Można więc jest zapytać: „a co znaczy dla ciebie być bliżej Boga?” Jest to pytanie kluczowe a zrozumienie tej kwestii czyni niesamowicie duży postęp nie tylko na drodze pracy programowej ale w ogóle, w życiu. Te „Trio” jest swoistym fenomenem. Jest to zwieńczenie metafizycznego pragnienia poznania fizycznego i pozazmysłowego. Warto tutaj zwrócić uwagę, że jest to miejsce także dla ateistów. Niewierzący mogą w to miejsce (w miejsce Boga) „wstawić” wszystkie inne substytuty. Dla mnie chrześcijanina pojęcie Boga wypływa z Biblii i jako takie (to pojęcie) rozumiem bardziej lub mniej. Konsekwencją mojej postawy jest wiara, że podczas naszego spotkania jest obecny Duch Święty. Taka świadomość czy przyjęcie takiej postawy wpływa na to, że z mniejszym lękiem odbierałem obecność drugiego człowieka czyli mojego sponsora. Tutaj do samego końca czułem silne skrępowanie ale nie miało to nic wspólnego z brakiem zaufania do tej osoby. Dlatego tak bardzo ważne wydaje mi się aby sponsor nie był kimś w rodzaju „starych znajomych” czy w ogóle jakiś przyjaciel domu. Tutaj warto się dłużej zastanowić dlaczego tak jest lepiej ale niech to każdy rozważy w swoim sumieniu. Ja uważam, że dla jakości pracy i czynionych później postępów takie rozwiązanie jest bardziej korzystne. Kiedy dotarliśmy do celu -ławeczki osadzonej na zboczu góry- sponsor zaprosił mnie do wspólnego odmówienia Modlitwy Pańskiej. Byłem lekko zaskoczony ale bez trudu zaproszenie przyjąłem. Po tej modlitwie odmówiliśmy jeszcze naszą o Pogodę Ducha. Po tym wstępie ja przygotowywałem swoje wydrukowane papierzyska a sponsor znalazł odpowiednie odniesienia do naszej sytuacji w Wielkiej Księdze. Przeczytał fragmenty dotyczące Piątego Kroku następnie ja rozpocząłem punkt po punkcie odczytywać zapiski z Listy Uraz. Tak się stało, że bardzo wysoko, na górze listy miałem pozycje dotyczące bardzo trudnych spraw związanych z moim dzieciństwem a z których to powodów nosiłem w swoim sercu urazy. Te urazy ukrywały się pod pojęciami: żalu, złości często lęku i agresji. Wiele razy w moim życiu próbowałem się z tym uporać i nawet wydawało mi się, że tak było ale niestety tylko wydawało mi się. Nie chcę nikogo tutaj szokować ale posłużę się konkretem z mojego życia. Jest to bardzo bolesna sprawa, tym bardziej, że dotyczy mnie jako chłopca niespełna 10-letniego. Był to około 1970 roku i mój ojciec nie żył od 6 lat. Moja mama związała się z człowiekiem, którego styl bycia i życia był dla nas małych dzieci trzęsieniem ziemi. Człowiek ten bardzo często posuwał się do bicia nas (miałem rodzeństwo: starszego brata i młodszą siostrę) , poniżania czy wyzywania. Po kupieniu gospodarstwa rolnego byliśmy parobkami gdyż nie mieliśmy konia a o ciągniku nie mogliśmy nawet marzyć. Miał umiłowanie do stosowania wobec nas dyscypliny a sam był życiowym flejtuchem. Myślę, że pod koniec życia wpadł w alkoholizm ale to stało się dużo później. Więc będąc na takim etapie życia zacząłem rozmyślać jak go zabić.. Obmyślałem plan jak doprowadzić do jego zaczadzenia ale obawiałem się o los matki. Mieliśmy w mieszkaniu piece kaflowe i spowodowanie takiego zabójstwa było możliwe. Szukałem też inspiracji czy pomysłu (co do zrealizowania swojego planu) w oglądanych odcinkach „Kobry” bardzo popularnego teatru telewizyjnego, ze sztukami kryminalnymi. Jest to niesłychanie traumatyczne wspomnienie, gdyż ni jak nie mogę spokojnie myśleć o tym, że taki pomysł mógł się narodzić w głowie dziecka a w dodatku mógł być analizowany i przygotowywany. Ta głowa należała i należy do mnie! Tutaj warto się zatrzymać jeszcze przez chwilę i spróbować sobie wyobrazić jak kształtowała się moja osobowość. Myślę, że na tamten czas dzięki temu, iż dużo czytałem mogłem uciekać w inne przestrzenie do których inni już nie mieli dostępu. Jedna z najbardziej ulubionych książek była „Robinson Cruzoe”. Mój Boże jak ja bardzo marzyłem o swojej wyspie, o takiej wyspie! Kiedy poznałem działanie alkoholu a stało to się bardzo wcześnie i o wiele za wcześnie popłynąłem już z kretesem. Zdarzeń, które wywoływały moją traumę było wiele i osób do których czułem urazę także. W takich to okolicznościach wyznawałem wobec drugiego człowieka swoje tajemnice i za każdym razem dotknąć musieliśmy kolumny piątej w której zapisane było: „Jaka jest prawdziwa natura moich błędów, nieprawidłowości, wad, braków itd.?”. Ta kolumna została podzielona na cztery mniejsze w których mieściły się takie pojęcia: -SAMOLUBNY –NIEUCZCIWY- WYSTRASZONY –NIEUPRZEJMY. Jeżeli w podanych przeze mnie przykładach występowały takie stany to wstawiałem w to znak „X”. Jedną z pierwszych rzeczy jakie zauważyłem to to, że sponsor niczego nie chce mi zabrać ani się ze mną spierać. Przy jakimś trudnym przypadku zastanawialiśmy się nad tym co mogłem wówczas zrobić i co zrobiłem. Chodziło o wykazanie, że noszenie w sercu żalu, pretensji i pielęgnowanie pamięci o zdarzeniach powoduje też, że urazy są zawsze świeże niczym poranne bułeczki z piekarni. Już później po przeczytaniu całej pracy z Kroku Czwartego zdałem sobie sprawę, że nie do końca tak było, że ja nic nie mogłem zrobić. Problem polegał na tym, że ja zrobiłem ale odwrotnie do wymaganej sytuacji. Oczywiście mogę znaleźć wiele usprawiedliwiających mnie okoliczności ale to i tak potwierdza, że mogłem. Tutaj należy bardzo uważać aby znowu nie stać się prokuratorem we własnej sprawie i nie zacząć się oskarżać o to czego nie zrobiłem czy dlaczego to tak zrobiłem. Warto w tym miejscu posłużyć się cytatem z WK: „Alkohol jest bowiem tylko symptomem naszej choroby. Musieliśmy zatem dotrzeć do jej istotnych przyczyn i warunków, które sprzyjały jego rozwojowi”. Jest jeszcze jedna niesłychanie ważna sprawa. Będąc na swojej Górze Przemienienia gdy czytałem te wszystkie swoje zapiski to miałem dziwne wrażenie, że tracą one na ostrości i nie są tak wyraźne jak jeszcze wczoraj gdy je czytałem w domu. Jestem przekonany, że czytanie na głos w obecności drugiego, bezstronnego a zarazem pokojowo nastawionego człowieka spowodowało wyprofilowanie mojego pola widzenia. To właśnie podczas tego spotkania dotarło do mnie wreszcie to, że czym innym są –nawet usprawiedliwione żale a czym innym są urazy nimi spowodowane. Moje urazy były bliznami z wszelkich zdarzeń, które nosiłem w sobie, ale ja im nie pozwalałem się zagoić. I jest jeszcze jedno. Podczas głośnego czytania Listy Krzywd (jakie ja spowodowałem wobec innych ludzi czy instytucji) i mając świadomość obecności drugiego człowieka wydawało mi się, że bardziej ta ja potrzebuję przebaczenia niż ktokolwiek mojego wybaczenia. Był to stan trudny, zważywszy na to, że na Liście Krzywd znajdowałem się ja sam. Teraz na chwilę wrócę do Kroku Pierwszego. To, że w Programie AA doszedłem do Kroku Piątego było możliwe, że wyznałem w Kroku Pierwszym „Przyznaję, że jestem bezsilny wobec alkoholu, że przestałem kierować własnym życiem.” Czy Program miał mi pomóc wrócić do picia kontrolowanego i i radzenia sobie z życiem? Oczywiście, że nie! Program już wcześniej wyjaśnił mi dobitnie czym jest uzależnienie od alkoholu i jasno stwierdził, że z powodu takich a takich nie ma u mnie powrotu do picia. I ja to zaakceptowałem i nie marzyłem o piciu. Ale marzyłem o ty aby wreszcie zacząć sobie radzić w życiu czy ze życiem. Jeżeli wszystko to co robiłem i robię po Kroku Pierwszym mi tego nie gwarantuje a przecież Program AA gwarantuje to nie miałoby to wszystko sensu. Pionierzy jasno i wyraźnie napisali o tym co oni zrobili aby ich życie nabrało sensu i było w pełni wykorzystane. Dzięki ich świadectwom oraz późniejszym uczestnikom AA wiem, że można sobie radzić świetnie w życiu, kierować wszelkimi sprawami, na które mam wpływ. Kapitulacja wobec alkoholu jest równoznaczna z powstaniem z popiołów. Może tak się stać dla każdego kto umie czytać, słuchać i ma odwagę wziąć sprawy swego życia w ręce. Najlepiej swoje i nie zrzucać odpowiedzialności na Boga jakkolwiek rozumianego.
  • Krok 6: „Staliśmy się całkowicie gotowi, aby Bóg uwolnił nas od wszystkich wad charakteru.” Tysiące wyrzutów połączonych z kacami moralnymi, samobiczowanie i odbieranie kar zasłużonych i niesłusznych nie dało mi odpowiedzi na pytanie: co z moim życiem jest nie tak? To, że z piciem było nie tak, to domyślałem się a nawet byłem tego pewny. Przecież po tym jak szedłem „dobrowolnie” na zaszycie czy łykałem anticol nie mogłem zaprzeczać, że z piciem mam problemy. Oczywiście nie uznawałem swojego picia za alkoholizm i ani mi przez głowę nie przeszła, ani razu –chociażby- jedna myśl, że jestem alkoholikiem. Tak, więc kiedy przyznawałem się, że miałem problem z piciem to oznaczało to dla mnie brak silnej woli. Święcie wierzyłem, że to przez tą słabą wolę nie mogłem zaprzestać pić wtedy kiedy należało. Bywało, że czasami mi się udawało, jednak najczęściej ponosiłem porażki. Przyczyn tych porażek było więcej jak samych… porażek. Zawsze, ktoś lub coś zawiniło, choć zdarzało się, iż przyznawałem się, że to ja „dałem ciała”. Bardzo cierpiałem z powodu nieumiejętnego picia oraz, że najczęściej -po nim- zachowywałem się okropnie. Jednak zawsze wierzyłem, że potrafię zacząć pić i kończyć to picie w sposób kulturalny. Nawet nie umiem się z tego śmiać!  Był to czas rozwoju mojej głupoty oraz degeneracji wyobraźni i zaniku instynktu samozachowawczego. Do tego dochodziły rojenia o tym, że ja jeszcze wszystkim udowodnię ile to ja jeszcze mogę i jaki to ja ważny gość. Przez długie lata słowo alkoholik miało dla mnie znaczenie pejoratywne. A ponadto nie posiadałem podstawowej wiedzy (której unikałem jak ognia) na temat niszczycielskiej potęgi choroby alkoholowej.  Wreszcie, kiedy dotarłem na oddział leczenia uzależnień, wówczas to pod naporem zdobytych wiadomości oraz poznania innych ludzi z podobnym do mojego problemem stwierdziłem, że jestem alkoholikiem. Uwierzyłem w to i się ucieszyłem, gdyż pod koniec mojego alkoholowego szaleństwa myślałem, że zwariuję. I wtedy jeszcze bardziej rozpocząłem pogoń za wiedzą związaną z alkoholizmem. Robiłem to na kilku płaszczyznach np.: aowskiej, profesjonalnej oraz religijnej. Tutaj muszę dodać, że płaszczyzna aowska była taka jakie wówczas były (przynajmniej zdecydowana większość) grupy AA w Polsce. A więc chodziłem na mityngi, pełniłem służby i chętnie zabierałem głos w temacie radości i smutkach. Na inne tematy związane na przykład z literaturą AA też potrafiłem dyskutować, bowiem wszystko miałem przeczytane. Były to akademickie dyskusje nie mające nic wspólnego z obecnie poznanym Programem AA. Grupy, najczęściej składały się z byłych pacjentów, którzy przenosili model grup terapeutycznych na spotkania grupy AA. Płaszczyzna profesjonalna to uczestnictwo w spotkaniach na oddziale leczenia uzależnień, w dziesiątkach spotkań dotyczących różnych aspektów choroby alkoholowej; tu mam na myśli przeciwdziałanie nawrotom, , oraz płatne szkolenia czy programy. Wymiar religijny stanowił bardzo ważną przestrzeń bowiem dawał mi poczucie duchowości, której wówczas bardzo pragnąłem. A więc wyjazdy do Częstochowy, Lichenia, Zakroczymia czy organizacja rekolekcji dla osób i ich rodzin z problemem alkoholowym. Wszystko to razem utrzymywało mnie w abstynencji ale jak dobrze wiemy w realu te trzy płaszczyzny chodzą często własnymi drogami. Dzisiaj po latach śmiało mogę powiedzieć, że to wszystko razem wzięte nie było tak skuteczne jak Program AA. Z różnych powodów i nie będę tu tego teraz argumentował, ale uważni uczestnicy/czytelnicy tej grupy już wcześniej mogli się zapoznać z moimi refleksjami na ten temat. Należy dodać, że w terapii leczenia uzależnień nie ma wcale Kroku Szóstego lub Kroku Siódmego a tematowi urazy poświęca niewiele miejsca. Zaś, w religijnej płaszczyźnie były to bardzo ulubione Kroki kapłanów i prawdopodobnie z Krokami 3 i 4 najbardziej eksploatowane. Najlepiej tak, aby alkoholik pozostał na kolanach ewentualnie powstał w celu „oczyszczającej” pielgrzymki. Sama Wielka Księga jest w kontekście Kroku Szóstego bardzo oszczędna i dobrze, że chociaż w książce 12/12 mamy więcej wskazówek pomocnych w rozumieniu a następnie dopełnieniu tego Kroku. Krok Szósty (KSz) był dla mnie silnym łącznikiem pomiędzy mną a Bogiem. W odróżnieniu od Kroku Trzeciego, w którym powierzyłem swoją wolę i życie opiece Boga prosząc Go o to, tutaj musiałem się zdecydować czy stać mnie na to aby pozbyć się wszystkich wad charakteru i aby On UWOLNIŁ mnie od „WSZYSTKICH WAD CHARAKTERU”. Praca nad Krokiem Czwartym i Piątym uzmysłowiła mi, że byłem nieświadomy swoich wad oraz, że moje wady były przeze mnie samego chronione. Byłem tym odkryciem zdumiony! Zobaczyłem jak na dłoni jak wady pomagały mi czerpać doraźne korzyści oraz napędzały do natychmiastowej gratyfikacji w zaspakajaniu wszelkich zachcianek, czy urojonych „należy mi się”. W tym to kontekście doznałem zdziwienia, że dotychczasowe pojęcia: egoizm, egocentryzm, lęk czy nieuprzejmość bądź wręcz arogancja traktowałem jak przysłowiowe małe pryszcze. Nigdy dogłębnie nie zastanawiałem się nad tymi pojęciami a zwłaszcza nad skutkami jakie niosą. Kiedy wreszcie, do mnie dotarły ich pełne oblicza byłem zaszokowany! Pod wpływem nowego doświadczenia wcześniejsze, życiowe sytuacje nabrały nowego wymiaru. Nic już nie było takie same a moje stare myślenie zamieniło się w gruzy. Zrozumiałem dlaczego byłem zdolny do podłych uczynków i nieobliczalnych zachowań. Znalazłem cały zestaw takich niszczących mnie pojęć, za którymi oczywiście szły rujnujące mnie i otoczenie zachowania. Nie miałem, żadnego oporu i w jednej sekundzie byłem gotów. Przyznałem to w obecności Boga, sponsora i usłyszałem na własne uszy mój głos to mówiący. Nie pojmowałem jeszcze znaczenia tego aktu ale zgodnie z zapisaną obietnicą napełniłem swoje serce wiarą i z otwartością na jaką tylko było mnie stać zwróciłem się w pokorze do Boga aby UWOLNIŁ mnie od „WSZYSTKICH WAD CHARAKTERU”. Cdn.