Dla osób oraz rodzin zmagających się z uzależnieniem alkoholowym

4 wrz 2018

Krok 9. Ogromne wyzwanie. Tropami "Wielkiej Księgi"

Komentarze: 0

 

Krok 9 : Zadośćuczyniliśmy osobiście wszystkim, wobec których było to możliwe, z wyjątkiem tych przypadków, gdy zraniłoby to ich lub innych. (ang. Made direct amends to such people wherever possible, except when to do so would injure them or others.)

Krok 9 stanowił dla mnie ogromne wyzwanie i do dzisiaj jestem w trakcie jego realizacji. Kiedy w 1998 roku opuściłem mury szpitala, w których znajdował się oddział leczenia uzależnień nie rozumiałem istoty tego Kroku. Miałem za to mocno wryte w mózg, że muszę być uczciwy i jak najszybciej ponaprawiać wszystkie szkody jakie wyrządziłem innym ludziom. W wyniku ośmiotygodniowej terapii wróciłem do domu w radosnym nastroju z przeświadczeniem, że teraz już wiem co się zadziało w moim życiem i już będę umiał nim dobrze pokierować. W tymże domu czekała na mnie moja partnerka, na chwilę obecną moja żona. W tamtym czasie nie wiedziałem jak potoczy się nasz związek, bowiem ilość kłamstw, obłudy i niegodnych zachowań jakich doznała z mojej strony sięgała nieba. Nie znała mojej przeszłości, która była czarna, odpychająca i prawda o niej mogłaby zrujnować, na przyszłość nasz związek. Parę setek kilometrów dalej mieszkała moja matka, brat, siostra i oni osobiście przekonali się co to znaczy alkoholik w rodzinie. Największym wyzwaniem był mój starszy brat, którego w czasie swojego pijaństwa zdążyłem już dobrze znienawidzić a przy okazji stałem się przyczyną jego wieloletnich problemów, zgryzot i wstydu z powodu moich ekscesów. Także siostra, którą bardzo kochałem poznała moje zdegenerowane zachowanie, zaś matka przeżyła to wszystko tylko dlatego, iż sprawy oddała w ręce Boga a sama pozostała w kręgu modlitw za moje ocalenie. Było też porzuconych, dwóch, małoletnich synów oraz ich matka niezdolna do normalnego funkcjonowania w życiu. Ponadto bliższa i dalsza rodzina, koledzy, znajomi, sąsiedzi i… ja. Miałem świadomość, że ja też jestem ofiarą siebie samego i dotarło do mnie z całą jaskrawością, że nikt nigdy nie uczynił mi większej krzywdy niż ja sam sobie. Do tego wszystkiego doszły ogromne długi finansowe zwłaszcza w Banku Alimentacyjnym oraz opinia zszargana w takim stopniu, że nikt już mi a ni we mnie nie chciał uwierzyć. Nie miałem pracy, żadnych oszczędności a na dodatek paliłem papierosy a one kosztowały. Na moje szczęście, w krótkim czasie znalazłem pracę na czarno, jednak wysokość zarobków niweczyła wszystkie pomysły na dalsze życie. Odezwała się przeszłość; brak ukończonych szkół a zawód górnika w Borach Tucholskich nie przydawał się wcale. Zresztą, w tamtym czasie to by i na kopalnie mnie nie przyjęli gdyby poznali moje dotychczasowe „osiągnięcia” zawodowe z niekończącą się ilością miejsc zatrudnienia.

Radosny nastrój, w którym wróciłem ze szpitala do domu szybko prysnął a siermiężna rzeczywistość zaczęła przygniatać mnie coraz bardziej. Mojej partnerce należało się sporo „sprostowań” co do mojej osoby ale nie wiedziałem od czego zacząć gdyż obawiałem się, że będzie to mój koniec. Partnerka wiedziała, że mam z poprzedniego związku dwóch synów ale nie wiedziała o moim ogromnym zadłużeniu ani pobytach w Zakładach Karnych czy też, że byłem wieloletnim bezdomnym tułaczem. Ponadto już sam się gubiłem w ilości kłamstw jakie na użytek pijanego życia wymyśliłem, które co rusz wychodziły niby „szydło z worka”. Na dobitkę, rodzina zaczęła wypytywać się o stan mojego zdrowia a zwłaszcza kręgosłupa a ja nie wiedziałem co im odpowiedzieć, bo idąc na odwyk poinformowałem ich, że cierpię na kręgosłup i mój pobyt w szpitalu potrwa osiem tygodni. Tak więc kłamstwo na kłamstwie, kłamstwem podparte…. O tym wszystkim nie miałem odwagi porozmawiać, więc powrocie do domu wszystkie moje „wypracowania” jakie napisałem na oddziale wrzuciłem do szuflady z moimi papierami. Na tamten czas uważałem, że to rozwiązanie będzie najwłaściwsze. Wiedziałem, że żona na nie natrafi i zapozna się z ich treścią. I trafiły! Tyle, że ja to odgadnąłem a moja żona nic mi na ten temat się nie opowiadała. Ja wiedziałem, bo dostrzegłem to w jej zachowaniu. Musiało minąć, jeszcze trzy lata, zanim o tym mi powiedziała. Zacząłem dzwonić do rodziny i przyznawać się, że jestem alkoholikiem a mój pobyt w szpitalu był związany z moim uzależnieniem. I tu stała się dziwna rzecz. Rodzina dowiedziawszy się, że już nie piję ucieszyła się bardzo z mojego „wyleczenia”. Mama jeszcze wielokrotnie powtarzała mi: „Widzisz, nie mogłeś wcześniej przestać?” Ja zadowolony z tego, że nikt mi dziury w brzuchu nie wierci uważałem sprawę za załatwioną. Czasami w rozmowach poruszaliśmy temat mojej choroby ale ja już byłem wyedukowanym alkoholikiem i z pokrętną zarozumiałością tłumaczyłem im złożoność uzależnienia i jego wpływ na moją „skomplikowaną” osobę. Oczywiście podkreślałem jak bardzo cierpiałem i stawiałem się w roli największej ofiary. Po takim wykładzie najbliżsi a i dalsi wpadali w jeszcze większy podziw dla mojego osiągnięcia a ja w zachwyt nad samym sobą.

Tak jak wcześniej pisałem moim, problemem były wysokie długi, które narastały latami. Przyprawiały mnie o palpitację serca i kładły się cieniem na moją przyszłość. Ponadto bardzo zależało mi na odnowieniu kontaktów z synami. Ich sytuacja była bardzo trudna, bowiem ich matka nie radziła sobie z ich wychowywaniem. Ponadto synowie byli dla niej gwarantem materialnego przetrwania. Zajmując się nimi nie pracowała nawet wówczas, kiedy dzieci w wyniku zaniedbania trafiały do placówek opiekuńczych. Ja z moją czarną przeszłością i niepewną przyszłością nie miałem szans na otrzymanie opieki nad nimi. Dzięki mojej matce możliwe było to, że synowie wraz z nią przyjeżdżali do mnie na wakacje ale i to zostało przerwane z „przyczyn obiektywnych”. O ile ze starszym synem mogłem się spotkać na neutralnym gruncie o tyle z młodszym stało się już to niemożliwe. Na dodatek dzieci pragnęły abym pomagał im finansowo jednak ja nie byłem w stanie w sposób stały i pewny temu podołać. Bardzo mnie ta sytuacja bolała, bowiem czułem się do tego zobowiązany ale zarobki, które osiągałem na to -najczęściej- mi nie wystarczały. Kiedy otrzymywałem informację od pracodawcy, że komornik się o mnie dowiaduje to ja natychmiast się zwalniałem, gdyż wówczas z tytułu egzekucji w moich rękach zostawało, naprawdę niewiele. Nie piszę o tym aby się dzisiaj żalić a jedynie wiernie przybliżyć skalę problemów i fakt, że z Krokiem 9 nie uporałem się do dzisiaj. I chociaż, nie mam już żadnych obciążeń z tytułu zadłużenia to konsekwencje odczuwam do teraz. Tu muszę jasno się przyznać, że nie tylko Bank Alimentacyjny wnosił pretensje o zwrot pieniędzy. Były też dziesiątki niepozapłacanych mandatów, czy nie spłacona większa pożyczka. Były i „mniejsze” zobowiązania czy inne sprawy wymagające wyrównania/ zadośćuczynienia materialnego.

Dlatego z wielką ostrożnością przyjmuję zdania typu, że: „pieniądze oddaje się najłatwiej”. Trzeba je najpierw posiadać, a jak ich się nie posiada to trzeba na nie zapracować. I tutaj jest największy problem. Jak gonić to życie, np.: rozwijać się (dokształcać się, stworzyć warsztat pracy), tworzyć nową rodzinę, wypełnić stare zobowiązania i zmieniać swoje zachowania nie posiadając pieniędzy? Kto tego nie przeżył, kto się z tym nie zmagał temu brak wyobraźni. Wiem, za jakie stawki pracowałem i wiem za jakie pieniądze pracuje wielu moich znajomych. Nie muszę ich o to pytać, oni sami często bez pytania pytają na głos „jak mam za to żyć?” Proszę mi wierzyć nie uprawiam tutaj polityki, przytaczam fakty, które są doświadczane przez wiele milionów Polaków i oni wszyscy nie byli alkoholikami. Na tamten czas zaangażowałem się w działalność społeczną. Była to moja próba wejścia w społeczność, w której żyję. Bardzo zależało mi na byciu użytecznym a także miałem wielką potrzebę rehabilitacji. Także udział w życiu Wspólnoty AA był nie do przecenienia. Angażowałem się w służby a co najważniejsze zdobywałem nowe znajomości nie obciążone czarną przeszłością. Nikogo też nie oskarżam o niegodziwość, nie pomstuję na system bowiem okazałbym się jeszcze gorszą kreaturą niż wtedy, kiedy byłem czynnym alkoholikiem. W moim przypadku, bardzo duży ciężar zadłużenia został zanulowany decyzją sądu. Bowiem w tej sprawie wystąpiłem do organów sprawiedliwości przedstawiając swoją sytuację i MOCNO motywując prośbę o uwolnienie mnie od tego długu. List został wysłany do sądu odległego o kilkaset kilometrów od mojego miejsca zamieszkania i na rozprawie zaocznej wydano dla mnie przychylny werdykt. Do dzisiaj czuję ogromną wdzięczność do organów sądowych i staram się jak mogę nie zmarnować danej mi szansy. Myślę, że po tym co napisałem nie będę posądzany o politykierstwo. Nie znaczy to oczywiście, że nie mam swoich poglądów i, że polityka mnie nie interesuje.

Po latach, które mięły od terapii, kiedy wszedłem w Program AA dotarło do mnie, że ja tak naprawdę nie realizowałem Kroku Dziewiątego. Nie realizowałem bo nie miałem na to żadnego pomysłu a następnie planu. Nie znałem też idei jaka przyświeca realizacji Kroku 9. Żeby znać ideę Kroku 9 należy poznać „filozofię” Programu AA, a podstawą do tego jest praca ze sponsorem na podstawie Wielkiej Księgi. Krok 9 sam w sobie niewiele znaczy, a nawet źle rozumiany i źle stosowany może narobić dodatkowych krzywd. I tak jak terapia szczątkowo wpisuje w swój program zawartość Dwunastu Kroków, tak ja w tej szczątkowej formie go zacząłem stosować. Tutaj warto przypomnieć (pisałem, o tym we wcześniejszych artykułach) słynny „pozytywny egoizm” (PE). Ten PE często służył mi za tarczę ale i za tłumaczenie zaniechanych działań jakie winien byłem podjąć w związku z moją przeszłością. Tak więc, kiedy wraz ze sponsorem dotarłem do Kroku Ósmego to wówczas okazało się, że na mojej liście są osoby, które nie otrzymały zadośćuczynienia. Poznając Program, zrozumiałem że odpuściłem sobie to zadośćuczynienie, gdyż wcześniej, jeśli zakładałem takowe to później zracjonalizowałem do tego stopnia, iż się „rozmyło”. Oprócz tego zdałem sobie sprawę, że gdy już nie piłem i starałem się żyć i postępować uczciwie to nie zawsze mi to wychodziło. Odnalazłem w swoich zachowaniach postępki, których się wstydzę i nawet żałuję, ale nic z tym nie zrobiłem. Tutaj kłania się brak realizacji Kroku Dziesiątego, który mógł mnie przed tego typu zachowaniami ustrzec. Tak to jest z tym Programem, że on działa kiedy ja działam... z głową! Bardzo bolesnym odkryciem, był dla mnie fakt, iż w wielu swoich działaniach napędzał mnie mój egocentryzm a nawet rewanżyzm. Traciłem dużo czasu i dobrej energii na udowadnianie swojej prawdy albo co gorsze nieprawdy u innych. Często stawałem się ostro piętnującym sumieniem dla innych podczas gdy siebie traktowałem z dużą wyrozumiałością aby nie powiedzieć z pobłażliwością. Myślę, że tylko dzięki temu, iż na mojej drodze stawały moralne autorytety nie rozbiłem się o własną arogancję. Dzisiaj w jakiś intuicyjny sposób jestem przekonany, że gdybym poznał Program takim jaki on rzeczywiście był i jest to zaoszczędziłoby mi to wielu przykrych doświadczeń oraz mogłoby uchronić przed pułapką samonapędzającego się przerostu ego. (cdn)

 

Najnowsze wpisy
  • W Wielkiej Księdze jest wiele zwrotów, które wydają się oczywistą oczywistością tylko, że gdy przyjdzie to przełożyć na działanie to zaczynają być z tym problemy. Nawet jeżeli nie są one udziałem wszystkich to śmiem twierdzić, że większości osób uzależnionych, bo nie tylko o alkoholików gra idzie. Krytycy moich rozważań podnoszą larum, że chcę coś zmieniać, opiniować czy Bóg jeden wie co jeszcze. A ja? Ja po prostu chcę być jak najbliżej zrozumienia fenomenu jakim stał się fakt, że taki człowiek jak ja doznał tak cudownego odrodzenia. Jestem w stu procentach przekonany, że zawdzięczam to Programowi AA, podanemu nawet w tak kadłubowej postaci jak to czyniono na terapii. Później lata całe poświęcałem na czytanie literatury i chociaż czułem ten wspólnotowy klimat to ni jak nie mogłem ogarnąć tajemnej siły działającej w 12 Krokach. Dzisiaj wiem, że dostałem dodatkowy bonus. Pierwszy to gdy obsesja picia zniknęła po pierwszym spotkaniu trzeźwych alkoholików na oddziale leczenia uzależnień. To wtedy ogarnęło mnie bardzo głębokie pragnienie doświadczenia tego o czym ci ludzie mówili. Chcę powiedzieć, że wówczas nic z literatury AA nie czytałem a o AA mówiłem „banda sekciarzy” czy jeszcze gorzej. Wpadłem wówczas w stan głębokiej melancholii związanej z świadomością, że o to moje życie leży w gruzach. Pierwszy raz zdałem sobie sprawę, że niczego w życiu nie osiągnąłem a ponadto jestem sprawcą cierpień jakie zadałem sobie i wielu ludziom włącznie z tymi, których kochałem i którzy kochali mnie. Ta moja melancholia trwała około trzy dni i jej działanie ulegało zmianie. Zaczęło się od wielkiego przygnębienia i dramatycznie głębokiego żalu. Nie miało to nic wspólnego z litością nad samym sobą! Był to wewnętrzny płacz dorosłego człowieka, który miał osobowość zagubionego dziecka. Człowieka, który dostając łaskę życia wyrzucił instrukcję jego obsługi. To co z nim wyprawiłem było powodem mojej głębokiej zgryzoty. W którymś momencie miałem nawet ochotę opuścić szpital, bowiem czułem, że już nic więcej się mi tam nie przydarzy. I tak też było- nic się więcej nie zdarzyło. Jednak pozostałem. Ostatnie tygodnie odbyłem tylko na zasadzie, że początkiem moich zmian musi być samodyscyplina. Wiedziałem, że dalszy pobyt w szpitalu jest potrzebny też mojej partnerce a obecnie żonie. Tutaj gra szła o wiarygodność własną i wobec niej. Tak jak wyżej napisałem stan mojej melancholii był zmienny i kierował mnie ku ROZWIĄZANIU. Proszę mi uwierzyć, że ja wówczas nic a nic nie wiedziałem o Kroku Czwartym ale poczułem, wstępującego we mnie Ducha, który czynił moje ROZWIĄZANIE klarownym i realnym. Wtedy także miałem wielkie pragnienie przeproszenia wszystkich osób chociaż nic jeszcze nie wiedziałem o zadośćuczynieniu. Mówię o takim jaki jest w Programie AA a nie takim werbalnym odczytywanym w tysiącach sal mityngowych. Dopiero po latach dowiedziałem się, że nie byłem pierwszy. A tak naprawdę dowiedziałem się o tym niespełna dwa lata temu kiedy już z inną świadomością siadałem do literatury AA. A kto był pierwszy w AA? Pierwszym był dr. Bob. Czy pamiętacie to, jak po ostatniej popijawie był przez trzy dni reanimowany przez Billa i Anne – jego żonę? Dr. Bob wrócił z ostatniej, koszmarnej popijawy, którą urządził sobie jadąc na konferencję’/ sympozjum lekarskie. Po pięciu dniach konduktor wyrzucił go na wpółprzytomnego z pociągu na stacji Akron i ten bojąc się reakcji żony zadzwonił po swoją współpracownicę pielęgniarkę. Ta troszkę doprowadziła go do życia ale i tak został przywieziony do domu w stanie beznadziejnym. Warto tutaj nadmienić, że sytuacja dra. Boba była opłakana. Miał długi, niepewną pozycję w pracy i żonę, której zaczęła grozić depresja. Na dodatek dr. Bob miał za trzy dni wykonać operację chirurgiczną swojemu pacjentowi. Pacjent musiał być tego dnia na stole operacyjnym. Billowi i Anne udało się rozdygotanego i rozbitego dra. Boba doprowadzić do takiego stanu, że wykonał tę operację. Kiedy wyszedł ze szpitala wsiadł za kierownicę samochodu, w którym siedzieli czekający Anne z Bilem i odwiózł ich do domu. Następnie nikomu nic nie mówiąc odjechał. Dopiero później okazało się, że jeździł od domu do domu i przepraszał wszystkich, którym jego picie sprawiło ból lub było przyczyną różnych zdarzeń. Taki też stan był u mnie. U Boba było to w 1934 roku u mnie w 1998 a więc 59 lat później. Jak się później dowiedziałem działanie dra Boba nie było przypadkowe, bowiem jako członek Grup Oksfordzkich wiedział o takich założeniach programu jakie te Grupy miały. Ja nic nie wiedziałem o tym ale miałem wielką potrzebę takiej postawy i co najważniejsze taką postawę przyjąłem od wyjścia ze szpitala. Niestety brakło mi determinacji w działaniu, gdyż poza kilkoma przypadkami przeprosin utknąłem w miejscu. Nastąpiło to z różnych przyczyn ale wystarczyło abym zaniechał tych ważnych i potrzebnych działań. Jedną z takich przyczyn było to, że nie znałem Programu AA i nie rozumiałem jego duchowej głębi. Dopiero czternaście lat później doświadczyłem tego pochylając się nad arkuszami do 4K i mając za przewodnika duchowego człowieka, który wcześniej był doświadczył łaski wejścia do Wspólnoty Ducha. Przez ostatnie miesiące zagłębiałem się w szukanie odpowiedzi jak to się stało, że pomimo iż nie „przerobiłem” Programu AA to był on w dużej mierze obecny w moim życiu. Nie mam żadnych wątpliwości, że tak było, bo wiem jakim człowiekiem byłem w tym czasie, co robiłem i jak się czułem. Myślę, że pierwszą sprawą było to, że przez pierwsze 5 lat oddawałem się medytacji czytając przedtem coś w wymiarze duchowym. Były to min. „24 Godziny”, „Dzień po Dniu”, „Refleksje”, aż wreszcie publikacje książkowe poświęcone duchowości, medytacji czy sprawom egzystencji. Wielką ulgą było dla mnie to, że nareszcie nie muszę robić za Pana Boga. Zdałem sobie sprawę, że wtedy zwalniam się z odpowiedzialności za losy świata i mam więcej czasu na to aby chociaż drzewo przygotować na zimę. W moim pokręconym umyśle coraz częściej zaczęły pojawiać się takie kosmiczne zjawiska jak świat wartości oraz uczucia i emocje. Chcę nadmienić, że kiedy terapeutka zapytała mnie na grupie zadaniowej jaka jest hierarchia wartości, którymi się kieruję to zbaraniałem bo nie wiedziałem o co jej chodzi. Pamiętam to dokładnie do dzisiaj bo to wówczas ją bardzo za to znienawidziłem. Pomyślałem sobie: „Czego się ona mnie czepia?” Ja naprawdę miałem problem z zdefiniowaniem pojęcia wartości w życiu i to jeszcze w połączeniu z ich hierarchizowaniem. Byłem wtedy jak to określa WK: „emocjonalnym dzieckiem”. Kiedy zobaczyła, że nic ze mnie nie wyciągnie zadała podobne pytania innym uczestnikom grupy, którzy z mniejszym lub większym trudem o tym się wypowiedzieli. Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że kiedy w Wielkiej Księdze jest mowa o uczuciach np.: „egoizmu, nieuczciwości, urazów, złości oraz strachu, uczucia ulgi i uspokojenia, uczucia niesmaku, uczucia miłości czy uwielbienia, ” to nie ma tam definicji znaczeń tych uczuć. Za to jest postawione pytanie: „Czy te rzeczy nie były tkanką, z której uformowane zostało nasze życie? Czy uczucia te, mimo wszystko, nie decydowały o naszej egzystencji?” By stwierdzić w jednym miejscu: „Kiedy nosimy w sobie te uczucia, zamykamy się przed światłością ducha.” Rozumiecie? „…Zamykamy się przed światłością ducha” A przecież w Wielkiej Księdze jest też mowa o emocjach. Na przykład o: „psychopatach, którzy są emocjonalnie niezrównoważeni, emocjonalnej przemianie, emocjonalnym i duchowym przestawieniu się na inne tory, idei (…) i nastawieniu” a także o tym, że: „nie potrafiliśmy kontrolować emocji”, że „cierpienie wypływa z głębokich zaburzeń emocjonalnych lub umysłowych”, iż będziemy: „potykać się z powodu emocji - rozdrażnienia, zranionych uczuć, złości i życiowych urazów”. WK mówi, że należy: „opanować emocje”. Zapewniam jest tego więcej, że nie wspomnę o moralności w rozumieniu co do zasad ale i cierpień. Bardzo ważny był dla mnie fakt, że mogłem drugi raz napisać historię mojego życia w kontekście obecności w nim alkoholu. Nie podoba mi się określenie „piciorys” gdyż jest dla mnie urągające w swej wymowie. Ponadto nie oddaje istoty rzeczy. Oczywiście ten życiorys jest wstępem do pracy w ramach Czwartego Kroku. Zanim zacząłem pisać tę pracę, w rozmowie ze sponsorem dowiedziałem się jak będzie przebiegać ta praca. Otrzymałem wzór czterech list: 1. URAZY  2. OBAWY  3. ZACHOWANIA SEKSUALNE  4. KRZYWDY WOBEC INNYCH Listy otrzymałem w języku angielskim i były takie same na jakich pracowali mój sponsor, pra-sponsor i jego sponsor. Ich kolejność nie była już przypadkowa, bo wynikała z kolejności poruszanych tematów w WK. Więc, tak jak uprzednio pisałem, usiadłem nad białą kartką papieru tak na dobrą sprawę nie wiedząc od czego zacząć. Przeczytałem nakazane fragmenty z WK i 12/12 porozmawialiśmy o tym ze sponsorem. Okazało się bowiem, że „zrobienie” list uraz zamieniłem w listę… pretensji. Tak, tak! Na szczęście bardzo szybko się zreflektowałem, że coś mi tutaj nie gra. Rozmowy ze sponsorem unaoczniły mi, że nie rozumiem tego i dopiero jego cierpliwe wyjaśnienia podparte przykładami przywróciło właściwe podejście w temacie. Zastanawiam się teraz, iluż to z was tak miało i iluż to z was tak prowadziło i prowadzi podopiecznych. Do iluż to ludzi ja miałem pretensje. Po pierwsze zauważyłem, że znowu skupiłem się na sobie i przeżywaniu starych spraw. Jednak ważniejszym dla mnie odkryciem było to, że moje pretensje nie są tym, o co tak naprawdę chodzi w tym kroku. Lista uraz to lista… uraz spowodowanych przez zdarzenia jakie miały miejsce w przeszłości. A więc pretensje to nie urazy. Urazy powstają na skutek tychże i nie tylko tychże. Nie chcę aby wyszło masło maślane dlatego muszę określeniu „URAZA” poświęcić więcej miejsca. Po pierwsze nigdzie w Wielkiej Księdze ani 12/12 nie ma czegoś na kształt listy pretensji ani mowy o pretensjach. Jedynie w rozdziale „Do żon” i „Wizja rodziny przeobrażone” jest mowa o pretensjach ale nie w takim znaczeniu jak jest mowa w Kroku Czwartym. Cdn.
  • To oczywiste, że życie z głęboką urazą i złością prowadzi, nieuchronnie do poczucia pustki wewnętrznej i nieszczęścia." WK str. 57 Tak jak wspominałem poprzednio chciałbym się dłużej zatrzymać na pojęciu „URAZ/URAZA”. W słowniku języka polskiego występuje wiele synonimów czy bliskoznacznych określeń dla tego pojęcia. Oto one: „animozja, ansa, anse, ansy, antypatia, awersja, cierń, gorycz, niechęć, nieprzychylność, obraza, obrażenie się, obrzydzenie, odraza, pretensja, przygana, rana, rankor, resentyment, rozgoryczenie, rozżalenie, trauma, uczucie gniewu, wstręt, wymówka, wyrzut, zadra, zadrażnienie, zarzut, zatarg, złość, żal, żal o coś,” (Źródło: http://synonim.net/synonim/uraza). Podałem je po to aby ukazać całą prostotę jednego określenia przy czym nie gubimy jego głębi znaczenia. Tak więc kiedy rozpocząłem moją inwenturę – od listy uraz- to od razu przypomniały mi się wszystkie grzechy matki, ojca potem dalszych krewnych by następnie ruszyć w kierunku znajomych oraz instytucji. Odżyły stare wspomnienia i obudziły się uczucia. Żalu, goryczy, wykorzystania a za tym zaraz ruszyła złość momentami zamieniająca się w gniew do tych osób czy instytucji. Jak wspominałem robiłem inwenturę z życia a nie okresu picia. Mój mózg bardzo skrzętnie zanotował tych wszystkich niegodziwców, którzy robili mi „pod górkę”. Momentami, przy niektórych nazwach czy nazwiskach byłem wspaniałomyślny i „machnąłem na to ręką” w duchu ich rozumiejąc a przy okazji wspaniałomyślnie „odpuszczając” winy przez nich popełnione. Były jednak i takie sytuacje, kiedy byłem nieprzejednany bo moja krzywda była zbyt duża a niegodziwiec potworny nie zasługiwał na akt łaski. Kiedy zabrałem się za robienie drugiej listy to jest -listy obaw- to znalazły się na niej 42 pozycje! Byłem tym faktem skonfundowany, była to lista rzeczywistych a nie urojonych obaw. Niektóre były na ten czas uśpione ale wcześniej bardzo żywe i o dużym ciężarze gatunkowym. Robiłem te listę w pewnym porządku chronologicznym zaczynając od wczesnego dzieciństwa a kończąc na współczesności. Muszę tutaj podać ważną dla mnie wiadomość. Pisząc listy Kroku Czwartego sięgałem do spraw, które w jakiejś części były pozamykane a nawet „przepracowane”. Czternaście lat abstynencji to długi szmat czasu i w tym czasie wydarzyły się różne ważne sprawy. Jako ciekawostkę przytoczę fragment mojego listu do jednego z forum, gdzie dzieliłem się „doświadczeniem” na temat… Czwartego Kroku. List ten napisałem na dwa miesiące przed wejściem w Program AA. O to fragmenty: „W moim przypadku praca nad Krokiem 4 była podzielona na dwie części. Żadnej z nich nie przerabiałem ze sponsorem z AA. Tak się złożyło, że w jakiejś części Krok 4 został przerobiony podczas 8- tygodniowej terapii stacjonarnej na Oddziale Leczenia Uzależnień. Nie miałem wtedy nawet świadomości, że jestem w Kroku Czwartym. Później podczas uczestnictwa w Programie AA widziałem, że to co zrobiłem na terapii to jedno a co powinienem zrobić to drugie. Nie miałem sponsora i kręciłem się w kółko. Doganiały mnie różne sprawy i koszmary z pijanej przeszłości. Stosowałem wówczas metodę „upychania”. Tak jak do szafy, najlepiej pod spód i to w najciemniejszy i najodleglejszy zakamarek. Na szczęście na mojej drodze było PRO (Program Rozwoju Osobistego w 2001 roku)… Pojechałem do Warszawy z moimi już wydawało mi się poukładanymi problemami, kiedy to okazało się, że trzeba było wpuścić trochę światła do tej mojej szafy i pozwolić innym przyjrzeć się też… Była to niesamowicie głęboka penetracja mojego życia oraz odkrycie nowych obszarów, które wymagały całkowitej rekonstrukcji. Jestem półsierotą. Raz dzieckiem Wyrzutkiem (Kozioł Ofiarny), bitym i poniżanym. Drugi raz Maskotką czyli Błaznem, ot taki którego nikt poważnie nie traktuje. Odziedziczyłem wszelkie systemy jakie wynoszą DDA. Stałem się alkoholikiem z marszu. Piłem od razu do upicia się. Nieważne czy potrzebowałem do tego litra wódki czy pół wina.  Muszę powiedzieć że realizacja/ przerabianie tego kroku trwało jeszcze około 3 lat i odbywało to się też na zasadzie sponsoringu tyle, że moimi sponsorami nie były indywidualne osoby z AA, które o to prosiłem. Może to brzmi dziwnie ale tak było. W tym okresie czasu przechodziłem ewolucję religijną, duchową i budowałem swoją nową tożsamość. Uczyłem się odpowiedzialności, brałem na siebie służby w AA, uzupełniałem wykształcenie, udzielałem się społecznie, wracałem do realizacji pragnień z przepitej młodości. Przechodziłem kryzysy rodzinne i nieustannie byłem w kontakcie z AA oraz profesjonalistami. Być w kontakcie z AA oznaczało dla mnie też i to, że w szczególny sposób zwracałem uwagę na ludzi z AA, którzy będąc we Wspólnocie osiągnęli podobne do mojego dno. Wyszli z tego, tworząc/ odkrywając przy okazji swoją nową uczłowieczoną, nową tożsamość. W Kroku Czwartym najważniejszą rzeczą było dla mnie to, że przyjąłem w pełni odpowiedzialność za swoje postępki w pijanym życiu. Przyjąłem tę odpowiedzialność na zasadzie zrozumienia czym jest moja choroba i co się przez to stało z moim życiem. Te sprawy zacząłem wreszcie nazywać po imieniu oraz nie „mieszać kolorów”. Białe to białe; czarne to czarne. Zło i dobro. Po odkryciu tajemnicy mojego nieszczęścia jakim był czynny alkoholizm odkryłem równocześnie antidotum. Ono zadziałało i upływający czas potwierdza, że kierunek jest właściwy. Krok czwarty unaocznił mi bardzo wyraźnie, że przyjrzenie się przeszłości jest bardzo ważne i potrzebne. Przeżycie bólu przyglądania się, cierpienie tym spowodowane było łagodzone też i tym, że zobaczyłem siebie. Małego chłopca, potem młodzieńca, który w sposób niesamowicie okrutny doznał wielu okaleczeń i sam będąc jedenastolatkiem próbował targnąć się na swoje życie. Dzięki Czwartemu Krokowi zaopiekowałem się tym chłopcem, okazałem ciepło i zapłakałem. Były to moje pierwsze w życiu łzy szczęścia.” A więc takie było moje rozumienie Kroku Czwartego i wolę zostawić to bez komentarza. Ukończywszy listę obaw niezwłocznie zabrałem się do inwentury seksu czy prościej listy seksu. Znów trzeba było pogrzebać w pamięci a następnie wpisać (w kolumnie 1) osobę poszkodowaną. Potem konkretny uczynek (kolumna 2) czy raczej przewinienie jakiego się dopuściłem. Kiedy to było jasne zaczynałem rozpisywać (kolumna 3) która z części mojego JA została urażona. Innymi słowy czy i jak krzywda wyrządzona wróciła do mnie. Co to powodowało u mnie. Ta kolumna 3 była podzielona na 4 segmenty te zaś, jeszcze na mniejsze tak, że w sumie dawało to 7 kolumienek. Segmenty i kolumienki były już opisane, ja tylko wstawiałem znak „X” jeżeli, któryś z opisów pasował do mojej sytuacji. Potem (kolumna 4) wymagała uzupełnienia o to jakie błędy popełniłem i co wówczas powinienem uczynić. Kolumna 5 była zostawiona i czekała na czas kiedy wszystkie listy będą gotowe. Wszystkie listy miały ten sam wzór. Można je zobaczyć w plikowni. No i na koniec została lista krzywd jakie wyrządziłem innym ludziom czy instytucjom. Była to długa lista i kiedy ją pisałem to miałem coraz większy balast w sercu i na barkach. Moje pretensje, urazy, obawy wszystko to razem wzięte nabrało innego wymiaru gdy tylko skończyłem tę listę. Nie byłem już tak hardy i nieprzejednany. Mało tego, patrzyłem na to z pewnym niedowierzaniem, że aż takim s…synem byłem! Jednak stare we mnie brało czasami górę i ze złością (w myślach) wyrzucałem, że cierpiałem jeszcze bardziej i w sumie gdyby to zważyć to więcej we mnie ofiary niż oprawcy. To chandryczenie się samego ze sobą było tak naprawdę groźne i mogło spowodować bardzo przykre konsekwencje. Nie zauważałem, że tutaj nie chodzi o przeciwstawianie czegoś czemuśkolwiek a „tylko” o zrobienie głębokiego wejścia w sfery dotąd pozamykane. Należało te sprawy wyciągnąć i przyjrzeć się im, gdyż być może są przyczyną wielu moich dotychczasowych kłopotów a co gorsza złego, długotrwale samopoczucia zanim wszedłem w Program AA. Zaczęła, też niepokoić mnie ta pusta piąta kolumna w każdej liście. Sponsor powiedział, że ona będzie nam potrzebna do przejścia przez Krok Piąty. Uzgodniliśmy termin realizacji tego Kroku i sponsor przyjechał do mnie do Szkocji. Była ku temu podwójna okazja, gdyż okazało się, że jego sponsor w tych dniach będzie przebywał w Edynburgu a więc będziemy mogli się spotkać we trójkę a nawet we czwórkę, gdyż moja żona rada była jechać ze mną. Mój sponsor i pra-sponsor mieszkają (w Anglii) ode mnie w odległości 400 km i takie spotkanie było nie lada dla mnie gratka. Muszę tutaj powiedzieć, że sponsor był obecny na każdym etapie moich zmagań z pisaniem list jednak ani razu nie zapytał kogo lub co wpisałem na listę. To bardziej ja mając obiekcję co do niektórych spraw konsultowałem to z nim a on zawsze służył swoją pomocą. Jego otwartość a zarazem dyspozycyjność była dużym plusem. Ja czułem to i wiedziałem, że on jest bardzo zaangażowany w to co robi. Czułem jego przygotowanie się do spotkań ze mną. Nie specjalnie ze mną ale ze swoim podopiecznym. Wielka Księga oraz 12/12 zawsze były obecne na spotkaniu.  Pomimo, że miałem do niego pełne zaufanie bardzo się denerwowałem przed Krokiem Piątym. Coraz bardziej myślałem o tym aby listy przepisać po to by niektóre wstydliwe sprawy usunąć. Stare myślenie do końca walczyło i podpowiadało całkiem sensownie, że przecież…. Ja też, kiedy spoglądałem na te listy, no to, po za tą, gdzie umieściłem urazy do innych osób wszystkie w jakimś stopniu mnie deprecjonowały. Okazywało się, że jestem jakimś tam zalęknionym facetem, rozmemłanym w środku, tchórzliwym ale za to bezczelnym i aroganckim typem. Moje obawy bardziej wynikały z moich fobii oraz lęku, że moje prawdziwe „JA” jest nic nie warte. Po liście seksu byłem prawie znokautowany, tak więc lista krzywd jakie wyrządziłem to ostatnie odliczanie. Na domiar złego, chwilę przed wejściem w Program AA byłem u spowiedzi świętej. Długo trwała ta spowiedź i przebiegała niekonwencjonalnie Pierwsza część trwała około dwóch godzin i odbyła się w ogrodzie, gdzie mogłem ze spowiednikiem spacerować czy przysiąść na ławce. Następnie – po przerwie dwugodzinnej - odbyła się druga część w kaplicy i trwała około godziny. Tam otrzymałem rozgrzeszenie oraz pokutę. Po spowiedzi byłem bardzo pogodny i spokojny. Bez patrzenia na listy wiedziałem, że na spowiedzi znalazło się kilka spraw z list ale były tak przedstawione, zracjonalizowane, że w sumie niewiele miały wspólnego z prawdą. Czyżbym kłamał? Ściemniał? Ale kiedy? Czy spowiadając się czy teraz pisząc te listy? Trzeba było jeszcze trochę czasu abym zrozumiał, że wyspowiadałem się uczciwie (na swój sposób) z tego co wówczas pamiętałem. Jednak w mojej spowiedzi nie musiałem poruszać spraw, które nie ocierały się według mnie o grzech lub gdy zdarzyły się o wiele wcześniej i objęła je poprzednia spowiedź. Sprytne, nie? W Kroku Czwartym zobaczyłem maszkarę, gdyż tak te listy były skonstruowane, że miejsca na okoliczności łagodzące w nich brak. Od tego są następne Kroki. I one pokazały mi to o czym trudno było mi sobie wyobrazić będąc w tak podłym nastroju.  Było jeszcze coś. Zaczynałem rozumieć inaczej pojęcie „alergia na alkohol”. W tych moich tabelach coraz bardziej widziałem, że ja reagowałem alergicznie na prawie wszystkie sprawy, problemy życiowe. Co to znaczy? Znaczy to tyle, że jeżeli biologia mojego ciała miała alergię na alkohol- bo organizm reagował nienormalnie, łaknąc jego jeszcze więcej - to tym samym mój umysł jest tez alergiczny, bo to łaknienie usprawiedliwiał. Czy musiałem to odkrywać? Widać musiałem skoro ni jak nie widziałem tego, co napisano w Wielkiej Księdze: „Organizm alkoholika odbiega od normy, zarówno pod względem fizycznym jak i psychicznym.” (WK 21). Wobec takiego rozumienia coraz jaśniej lgnąłem do Siły Wyższej bo bardzo chciałem od tych moich przypadłości się wyleczyć. Im bliżej byłem mojego Boga tym bardziej czułem się spokojniejszy. Cdn.
  • Krok Piąty: Wyznaliśmy Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istotę naszych błędów Kiedy przyjechał do mnie sponsor zapakowałem wszystkie swoje „wypracowania” z Kroku Czwartego i ruszyliśmy w pobliskie góry. Było wspaniałe, ciepłe lato a szkockie góry wyściełane różnobarwnym aksamitem wydawały się bajecznie piękne. Byłem lekko stremowany ale ogólnie stan mój był dobry. Zastanawiałem się nad paroma aspektami zawartymi w „wypracowaniu” zwłaszcza w Liście Uraz. Tam były takie pozycje, które ewidentnie wskazywały na to, że moje urazy są uzasadnione. Dotyczyły one czasu mojego dzieciństwa i uważałem, że w rubryce co mogłem (powinienem) wówczas zrobić (uczynić) a nie zrobiłem nie musiałem niczego wpisać. Wszystko co na tamten czas zrobiłem było dobre ewentualnie neutralne. Jako dziecko kilku czy nawet kilkunastoletnie byłem narażony na krzywdzące działania osób dorosłych i to one są w 100% odpowiedzialne i jakakolwiek sugestia, że ja coś mogłem a zwłaszcza powinienem uczynić denerwowała mnie. A priori założyłem, że tutaj sponsor mnie nie przekona. Było jeszcze parę innych niuansów na innych listach ale one nie stanowiły większego problemu. Uśmiecham się sam do siebie gdy to piszę ale ja naprawdę idąc na swoją Górę Przemienienia tak to wszystko widziałem i wiedziałem, jak opisuję. Zresztą po co iść na Górę Przemienienia będąc już przemienionym? Dzwoniło mi też w uszach: „Wyznaliśmy Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istotę naszych błędów.” Czyż prawie nie od zawsze próbowałem poznać istotę - przyczyny moich klęsk i niepowodzeń w dotychczasowym życiu? Ileż to razy głowiłem się nad swoją słabą wolą i ile to razy oskarżałem się o sprzeniewierzenie się danym wcześniej obietnicom czy nawet przysięgom. Przecież doznałem niesamowicie upadłego życia i miliony bym dał aby ktoś mi powiedział dlaczego czynię to czego tak bardzo nienawidzę czynić („Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę.” z Listu świętego Pawła Apostoła do Rzymian (Rz 7, 14-25). Tyle razy obiecywałem sobie, że już się to nie powtórzy i po co to obiecywałem, skoro stawałem się jeszcze gorszy? Obiecywałem sobie, że już więcej nie będę tak czynił! Jak czynił? ŹLE! Nie będę czynił zła, źle czy złego! W Kroku Piątym tworzy się trio, w którym ja występuję w roli głównego „bohatera” a Bóg i drugi człowiek są świadkami mojego wyznania. Nie będę wyjaśniał, teraz dlaczego to nasi Pionierzy tak ujęli tę kwestię ale -nawet- już bez ich opisywania widzę niesamowicie pozytywne konsekwencje takiej postawy. Podstawową wartością było to co napisałem na zakończenie poprzedniego rozważania: „Im bliżej byłem mojego Boga tym bardziej czułem się spokojniejszy” Można więc jest zapytać: „a co znaczy dla ciebie być bliżej Boga?” Jest to pytanie kluczowe a zrozumienie tej kwestii czyni niesamowicie duży postęp nie tylko na drodze pracy programowej ale w ogóle, w życiu. Te „Trio” jest swoistym fenomenem. Jest to zwieńczenie metafizycznego pragnienia poznania fizycznego i pozazmysłowego. Warto tutaj zwrócić uwagę, że jest to miejsce także dla ateistów. Niewierzący mogą w to miejsce (w miejsce Boga) „wstawić” wszystkie inne substytuty. Dla mnie chrześcijanina pojęcie Boga wypływa z Biblii i jako takie (to pojęcie) rozumiem bardziej lub mniej. Konsekwencją mojej postawy jest wiara, że podczas naszego spotkania jest obecny Duch Święty. Taka świadomość czy przyjęcie takiej postawy wpływa na to, że z mniejszym lękiem odbierałem obecność drugiego człowieka czyli mojego sponsora. Tutaj do samego końca czułem silne skrępowanie ale nie miało to nic wspólnego z brakiem zaufania do tej osoby. Dlatego tak bardzo ważne wydaje mi się aby sponsor nie był kimś w rodzaju „starych znajomych” czy w ogóle jakiś przyjaciel domu. Tutaj warto się dłużej zastanowić dlaczego tak jest lepiej ale niech to każdy rozważy w swoim sumieniu. Ja uważam, że dla jakości pracy i czynionych później postępów takie rozwiązanie jest bardziej korzystne. Kiedy dotarliśmy do celu -ławeczki osadzonej na zboczu góry- sponsor zaprosił mnie do wspólnego odmówienia Modlitwy Pańskiej. Byłem lekko zaskoczony ale bez trudu zaproszenie przyjąłem. Po tej modlitwie odmówiliśmy jeszcze naszą o Pogodę Ducha. Po tym wstępie ja przygotowywałem swoje wydrukowane papierzyska a sponsor znalazł odpowiednie odniesienia do naszej sytuacji w Wielkiej Księdze. Przeczytał fragmenty dotyczące Piątego Kroku następnie ja rozpocząłem punkt po punkcie odczytywać zapiski z Listy Uraz. Tak się stało, że bardzo wysoko, na górze listy miałem pozycje dotyczące bardzo trudnych spraw związanych z moim dzieciństwem a z których to powodów nosiłem w swoim sercu urazy. Te urazy ukrywały się pod pojęciami: żalu, złości często lęku i agresji. Wiele razy w moim życiu próbowałem się z tym uporać i nawet wydawało mi się, że tak było ale niestety tylko wydawało mi się. Nie chcę nikogo tutaj szokować ale posłużę się konkretem z mojego życia. Jest to bardzo bolesna sprawa, tym bardziej, że dotyczy mnie jako chłopca niespełna 10-letniego. Był to około 1970 roku i mój ojciec nie żył od 6 lat. Moja mama związała się z człowiekiem, którego styl bycia i życia był dla nas małych dzieci trzęsieniem ziemi. Człowiek ten bardzo często posuwał się do bicia nas (miałem rodzeństwo: starszego brata i młodszą siostrę) , poniżania czy wyzywania. Po kupieniu gospodarstwa rolnego byliśmy parobkami gdyż nie mieliśmy konia a o ciągniku nie mogliśmy nawet marzyć. Miał umiłowanie do stosowania wobec nas dyscypliny a sam był życiowym flejtuchem. Myślę, że pod koniec życia wpadł w alkoholizm ale to stało się dużo później. Więc będąc na takim etapie życia zacząłem rozmyślać jak go zabić.. Obmyślałem plan jak doprowadzić do jego zaczadzenia ale obawiałem się o los matki. Mieliśmy w mieszkaniu piece kaflowe i spowodowanie takiego zabójstwa było możliwe. Szukałem też inspiracji czy pomysłu (co do zrealizowania swojego planu) w oglądanych odcinkach „Kobry” bardzo popularnego teatru telewizyjnego, ze sztukami kryminalnymi. Jest to niesłychanie traumatyczne wspomnienie, gdyż ni jak nie mogę spokojnie myśleć o tym, że taki pomysł mógł się narodzić w głowie dziecka a w dodatku mógł być analizowany i przygotowywany. Ta głowa należała i należy do mnie! Tutaj warto się zatrzymać jeszcze przez chwilę i spróbować sobie wyobrazić jak kształtowała się moja osobowość. Myślę, że na tamten czas dzięki temu, iż dużo czytałem mogłem uciekać w inne przestrzenie do których inni już nie mieli dostępu. Jedna z najbardziej ulubionych książek była „Robinson Cruzoe”. Mój Boże jak ja bardzo marzyłem o swojej wyspie, o takiej wyspie! Kiedy poznałem działanie alkoholu a stało to się bardzo wcześnie i o wiele za wcześnie popłynąłem już z kretesem. Zdarzeń, które wywoływały moją traumę było wiele i osób do których czułem urazę także. W takich to okolicznościach wyznawałem wobec drugiego człowieka swoje tajemnice i za każdym razem dotknąć musieliśmy kolumny piątej w której zapisane było: „Jaka jest prawdziwa natura moich błędów, nieprawidłowości, wad, braków itd.?”. Ta kolumna została podzielona na cztery mniejsze w których mieściły się takie pojęcia: -SAMOLUBNY –NIEUCZCIWY- WYSTRASZONY –NIEUPRZEJMY. Jeżeli w podanych przeze mnie przykładach występowały takie stany to wstawiałem w to znak „X”. Jedną z pierwszych rzeczy jakie zauważyłem to to, że sponsor niczego nie chce mi zabrać ani się ze mną spierać. Przy jakimś trudnym przypadku zastanawialiśmy się nad tym co mogłem wówczas zrobić i co zrobiłem. Chodziło o wykazanie, że noszenie w sercu żalu, pretensji i pielęgnowanie pamięci o zdarzeniach powoduje też, że urazy są zawsze świeże niczym poranne bułeczki z piekarni. Już później po przeczytaniu całej pracy z Kroku Czwartego zdałem sobie sprawę, że nie do końca tak było, że ja nic nie mogłem zrobić. Problem polegał na tym, że ja zrobiłem ale odwrotnie do wymaganej sytuacji. Oczywiście mogę znaleźć wiele usprawiedliwiających mnie okoliczności ale to i tak potwierdza, że mogłem. Tutaj należy bardzo uważać aby znowu nie stać się prokuratorem we własnej sprawie i nie zacząć się oskarżać o to czego nie zrobiłem czy dlaczego to tak zrobiłem. Warto w tym miejscu posłużyć się cytatem z WK: „Alkohol jest bowiem tylko symptomem naszej choroby. Musieliśmy zatem dotrzeć do jej istotnych przyczyn i warunków, które sprzyjały jego rozwojowi”. Jest jeszcze jedna niesłychanie ważna sprawa. Będąc na swojej Górze Przemienienia gdy czytałem te wszystkie swoje zapiski to miałem dziwne wrażenie, że tracą one na ostrości i nie są tak wyraźne jak jeszcze wczoraj gdy je czytałem w domu. Jestem przekonany, że czytanie na głos w obecności drugiego, bezstronnego a zarazem pokojowo nastawionego człowieka spowodowało wyprofilowanie mojego pola widzenia. To właśnie podczas tego spotkania dotarło do mnie wreszcie to, że czym innym są –nawet usprawiedliwione żale a czym innym są urazy nimi spowodowane. Moje urazy były bliznami z wszelkich zdarzeń, które nosiłem w sobie, ale ja im nie pozwalałem się zagoić. I jest jeszcze jedno. Podczas głośnego czytania Listy Krzywd (jakie ja spowodowałem wobec innych ludzi czy instytucji) i mając świadomość obecności drugiego człowieka wydawało mi się, że bardziej ta ja potrzebuję przebaczenia niż ktokolwiek mojego wybaczenia. Był to stan trudny, zważywszy na to, że na Liście Krzywd znajdowałem się ja sam. Teraz na chwilę wrócę do Kroku Pierwszego. To, że w Programie AA doszedłem do Kroku Piątego było możliwe, że wyznałem w Kroku Pierwszym „Przyznaję, że jestem bezsilny wobec alkoholu, że przestałem kierować własnym życiem.” Czy Program miał mi pomóc wrócić do picia kontrolowanego i i radzenia sobie z życiem? Oczywiście, że nie! Program już wcześniej wyjaśnił mi dobitnie czym jest uzależnienie od alkoholu i jasno stwierdził, że z powodu takich a takich nie ma u mnie powrotu do picia. I ja to zaakceptowałem i nie marzyłem o piciu. Ale marzyłem o ty aby wreszcie zacząć sobie radzić w życiu czy ze życiem. Jeżeli wszystko to co robiłem i robię po Kroku Pierwszym mi tego nie gwarantuje a przecież Program AA gwarantuje to nie miałoby to wszystko sensu. Pionierzy jasno i wyraźnie napisali o tym co oni zrobili aby ich życie nabrało sensu i było w pełni wykorzystane. Dzięki ich świadectwom oraz późniejszym uczestnikom AA wiem, że można sobie radzić świetnie w życiu, kierować wszelkimi sprawami, na które mam wpływ. Kapitulacja wobec alkoholu jest równoznaczna z powstaniem z popiołów. Może tak się stać dla każdego kto umie czytać, słuchać i ma odwagę wziąć sprawy swego życia w ręce. Najlepiej swoje i nie zrzucać odpowiedzialności na Boga jakkolwiek rozumianego.